________________________________________________________________________ ___ __ ___ ___ _ ___ ____ | _| _ _ _ ___ / _|| || | | || | |_ || |_ | \ | || || | / / | | || | | | || | | / / | _| | \| || || | | _/ / | _|| | | _| || \ / /_ | |_ | |\ || || | |__/ |_| |___|| | ||_|\_\|____||___| |_| |_||_||_|_| |___| ________________________________________________________________________ Piatek, 20.01.1995 ISSN 1067-4020 nr 116 ________________________________________________________________________ W numerze: Tadeusz K. Gierymski - W Polsce, jak kiedys, Solidarnosc walczy z komunistami Janusz Mika - Wiadomosci z buszu ciag dalszy Michal Ogorek - Encyklopedia Ogorka: Polak Andrzej Gorbiel - Na obraz i podobienstwo Jurek Krzystek - Szostakowicz w Metropolitan Opera Jurek Karczmarczuk - Sosy I. Allegro maestoso Marysia Solarska - Zacharski i inni. List do redakcji - Muzyczny jubileusz ________________________________________________________________________ Z cyklu: Jak o nas pisza Tadeusz K. Gierymski (tkgierym@k-vector.chem.washington.edu) W POLSCE, JAK KIEDYS, SOLIDARNOSC WALCZY Z KOMUNISTAMI ====================================================== Niestrudzona komentatorka wydarzen w Polsce, pani Jane Perlez pod takim pisze tytulem w niedzielnym <> z 8.01.1995 o ostatnich rozgrywkach miedzy prezydentem Walesa a premierem Pawlakiem. Prezydent Walesa glosi, ze nie bedzie placic podniesionego podatku dochodowego, motywuje to nielegalnoscia podwyzki i zaprasza spoleczenstwo, by go nasladowalo. Premier Pawlak, okreslajac sie jako "dobry obywatel" oswiadcza, ze on podniesiony podatek placic bedzie. Premier Pawlak upiera sie przy dymisji popieranego przez prezydenta ministra obrony, mianujac na jego stanowisko bylego ideologa komunizmu i, jak to podkresla z pogarda Prezydent, wroga NATO. Zauwaza p. Perlez dyskretnie, ze: ...nieobsadzone stanowisko ministra obrony to rzecz powazna ze wzgledu na polskie nadzieje czlonkostwa w NATO. Prezydent nie przyjal rezygnacji ministra spraw zagranicznych Olechowskiego, ktory jest na urlopie, i, jak podkresla p. Perlez, ma aprobate Zachodu. Klotnia o podatki zdaniem p. Perlez tez jest spowodowana checia Prezydenta pozyskania dla siebie poparcia przecietnie zarabiajacych w nadchodzacych w tym roku wyborach prezydenckich. Prezydent Walesa, mimo swojej aktualnie niewielkiej popularnosci w kraju, bedzie kandydowal. Te wet za wet i odplacanie sie pieknym za nadobne to sa polityczne rozgrywki i przepychanki. Styl ten dominuje ostatnio sposob rzadzenia w Polsce. A stawka jest wysoka, pisze p. Perlez, bo: zwyciestwo bylych komunistow daloby im kontrole nie tylko parlamentu ale i prezydentury, cementujac ich kontrole polityczna kraju. Pani Perlez, jak zawsze, pisze powsciagliwie, delikatnie, pozwalajac czytelnikowi wyciagnac wlasne wnioski. Mnie wydaje sie, ze moglaby zatytulowac swoj artykul, oczywiscie tylko ze wzgledu na okolicznosc swiat, Polska Szopka. A pisalem kiedys z zalem o smierci teatrzyku <> Boczkowskiego... W <> z 15.01.95 p. Perlez pisze pod tytulem: "Polski minister spraw zagranicznych, adwokat przystapienia do NATO, ustepuje": Po jego dymisji Polska jest bez ministra spraw zagranicznych i bez ministra obrony. P. Olechowski, ktory poprzednio pracowal w Banku Swiatowym w Waszyngtonie oraz w Narodach Zjednoczonych w Genewie, jest ekonomista. Mowi plynnie po angielsku -- nieczesta umiejetnosc u przedstawiciela aktualnego rzadu -- i jest znany w kraju i na swiecie z niezmordowanego urabiania Zachodu i prob zmiany jego ambiwalentego stosunku do perspektywy objecia swymi strukturami Europy Wschodniej. Zrezygnowal zas ze stanowiska, podkreslajac ze: Moim odczuciem jest, ze rzad nie pragnie uczynic i nie uczyni aktywnie i przekonywujaco tego, co ja uwazam za sluzace interesowi narodowemu: najszybszego mozliwego przystapienia do NATO i do Wspolnoty Europejskiej. Jane Perlez przypomina nam, ze nominacja p. Longina Pastusiaka jako ministra obrony [Pastusiak wlasnie zrezygnowal z ubiegania sie o to stanowisko skarzac sie na "kampanie insynuacji i pomowien, rowniez zza granicy" -- wiadomosc z <>, przyp. red.] jest oznaka sposobu myslenia p. Pawlaka w dziedzinie polityki zagranicznej... Za rzadow komunistycznych p. Pastusiak napisal caly szereg ksiazek atakujacych Stany Zjednoczone i NATO. Polacy, pisze p. Perlez, "sa za zwrotem ku Zachodowi" i oceniaja rezygnacje p. Olechowskiego jako "powazna porazke". Andrzej Wroblewski, redaktor <>, tygodnika finansowego, powiedzial: [Olechowski] zakotwiczyl Polske blizej Zachodu, Wspolnoty Europejskiej i NATO. Jego rezygnacja nie oznacza, ze jestesmy ciagnieci w strone Wschodu; raczej, ze jestesmy odpychani od Zachodu. <> donosi tez, ze: Prezydent Walesa, ktory mianowal Olechowskiego jako ministra spraw zagranicznych w polowie 1993 roku, powiedzial, ze akceptuje rezygnacje. tkg ________________________________________________________________________ Z cyklu Oskarzenia i Kalumnie Janusz Mika (mika@ph.und.ac.za) WIADOMOSCI Z BUSZU CIAG DALSZY ============================== Jak donosilismy juz na lamach <>, wsrod Polakow mieszkajacych w tej samej prowincji, co i moj przyjaciel, nastapil tzw. rozlam. Fakt ten powoduje gleboki niepokoj u niektorych czlonkow polskiej spolecznosci. Gdyby sie ktos dziwil temu, skad ten niepokoj, niech sie zastanowi nad historia polskiej emigracji. Od samego poczatku swego istnienia byla to zawsze (lub prawie zawsze) emigracja o charakterze nieslychanie patriotycznym. Polak nie wyjezdzal, aby poprawic sobie swoj los, Polak wyjezdzal, aby dalej walczyc o wolna Polske. Tak bylo za czasow Wielkiej Emigracji w pierwszej polowie XIX wieku, tak tez bylo przez caly okres, w ktorym Polska jeczala pod jarzmem komunizmu. Ci, co nie jeczeli, niechetnie sie teraz do tego przyznaja. Polskie osrodki emigracyjne mialy wazna role polityczna do spelnienia w sytuacji, w ktorej wladze krajowe robily wszystko, legalnymi i nielegalnymi sposobami, aby utrudnic dzialanie polskim przywodcom emigracyjnym. W tych warunkach bylo rzecza najwazniejsza utrzymanie jednosci wsrod Polakow, a wszelkie dzialania nie autoryzowane przez oficjalne organizacje polonijne traktowano jako zdrade interesow narodowych. Teraz wszystko sie zmienilo, Polska jest wolna, demokratyczna i samorzadna. Wolno nawet policji pobic rosyjskich podroznych obrabowanych przez gangsterow, tez zreszta rosyjskich. Niektorzy moga twierdzic, ze znow jestesmy pod wladza komunistow, ale nawet jesli to prawda, to stalo sie tak na zyczenie glosujacej wiekszosci, ktora na szczescie za pare lat bedzie znow miala szanse wyrazic swoja opinie. Tak to juz jest z ta nieszczesna demokracja, ze za glupote zarowno politykow jak i elektoratu placic trzeba przez pare lat, az do nastepnych wyborow. Miejmy tylko nadzieje, ze obie strony w procesie wcielania w zycie demokracji w Polsce, tzn. wybierajacy i wybierani, beda stopniowo coraz madrzejsi. Najblizszym sprawdzianem beda wybory prezydenckie. Nie tylko krowy niechetnie zmieniaja poglady, ludzie tez, tak ze nie ma sie co dziwic, ze wiekszosc dzialaczy emigracyjnych dalej ma, we wlasnym mniemaniu, wielka patriotyczna misje do spelnienia. Zwykle sprowadza sie to do organizowania akademii ku czci rozmaitych bitew i powstan, przewaznie przegranych, bo tak sie jakos sklada, ze nigdy nie udalo nam sie zwyciezyc w zadnym powstaniu. Za swoje glowne zadanie nasi dzialacze wciaz uwazaja utrzymanie wsrod Polakow jednosci. Wspominalismy juz o istnieniu u nas grupy rozlamowej, skupionej wokol czlonkow poprzedniego Zarzadu Stowarzyszenia, ktorzy podali sie do dymisji jeszcze w polowie 1993 roku. Wkrotce dysydenci utworzyli Klub Technika i rozpoczeli, ku oburzeniu wszystkich patriotycznie myslacych Polakow, dzialalnosc rozlamowa. Raz urzadzili wieczor dowcipow zydowskich, innym razem, w porozumieniu z rozlamowcami z sasiedniej prowincji, sprowadzili do nas Jana Pietrzaka wraz z towarzyszaca mu Magdalena Zawadzka. Ale najgorsze to bylo zorganizowanie i to juz drugi rok z rzedu wieczoru spiewania koled w jednej z miejscowych restauracji. Ktos z Panstwa moglby pomyslec, ze nie ma w tym nic zlego i ze kazdy, w dowolnym miejscu i w dowolnym towarzystwie, ma prawo spiewac koledy na wieksza chwale Boza. Nie zapominajmy jednak, ze wspolne spiewanie koled ma tradycje uswiecona wieloletnim obyczajem i od niepamietnych czasow nalezy do jurysdykcji wladz oficjalnych organizacji polonijnych. Tak wiec, jak Panstwo widza, kryzys w naszej polskiej spolecznosci trwa, a Polacy, ktorych, jak wiadomo, cechuje niepokorny duch i brak szacunku do wladz, wciaz opowiadaja sobie nielegalnie dowcipy i spiewaja koledy bez przyzwolenia zwierzchnosci. W tej sytuacji nie zdziwi chyba Panstwa to, ze obecny Zarzad Stowarzyszenia przezywa kryzys. Zgodnie ze statutem Zarzad powinien liczyc co najmniej piec osob. Niestety jakis juz czas temu az trzy osoby podaly sie do dymisji i na placu walki o polskosc pozostal jedynie Prezes wraz z malzonka, ktora pelni podwojna funkcje Sekretarza i Skarbnika. Niektorzy twierdza, ze to bardzo dobrze. Jako swiezo upieczeni obywatele kraju kapitalistycznego wiemy, ze najlepiej w tym ustroju prosperuja przedsiebiorstwa rodzinne. Mozna sadzic, ze Zarzad rodzinny bedzie tez dzialac lepiej niz grono ludzi obcych sobie i, jak to Polacy, zwykle ze soba skloconych. Tym optymistycznym akcentem konczymy nasza korespondencje z buszu. Mamy jeszcze tylko drobna sprawe do Czytelnikow, ktorzy pamietaja moze, ze w poprzednim tekscie skarzylismy sie na elektronicznego chochlika. Wciaz nam sie daje we znaki i za kare chyba za nasze wymadrzanie sie na temat bezokolicznikow zamienil nam <> na <>. Przysiegamy na wszystkie swietosci, ze w tekscie przeslanym do Redakcji tego bledu nie bylo. JAM ------------------------------------------------------------------------ Poniewaz operujemy w <> i nie istniejemy na papierze, wyzej wspomnianego chochlika trudno przylapac na goracym uczynku. My ze swej strony zapewniamy, ze <> nadeszlo jako <>, a pozostawilismy ten dosc oczywisty (teraz!) blad zapewne z obawy przed przerabianiem Januszowi Jego slow, jak to poprzednio sie przydarzylo. J.K_ek ________________________________________________________________________ Magazyn Gazety Wyborczej, 18.10.1994 Michal Ogorek ENCYKLOPEDIA OGORKA: POLAK ========================== Polak -- osoba, ktorej najlepiej powodzi sie wtedy, kiedy znajduje sie w opresji, natomiast najgorzej jest jej wowczas, kiedy wszystko dzieje sie z nia normalnie. Ucisniety staje sie duma, zachwytem i natchnieniem Europy, a nierzadko i calego swiata; Polak w polozeniu normalnym zaczyna wszystkich mierzic. Znajdujac sie pod jakims jarzmem, jest wdziecznym odbiorca przeterminowanego masla, a po swoim uwolnieniu staje sie jego obrazonym dostawca. Powstania w Polsce upadaly nie tylko z tego powodu, ze gdyby zdarzylo sie jedno zwycieskie, wszystko by sie skonczylo i nie byloby juz mozliwosci wzniecania nastepnego, ale i dlatego, ze pozwalalo to Polakom blyszczec. Polak w opalach jest doktorem Jekyllem Europy, natomiast Polak zwyczajny jest jej panem Hydem. Kazda poprawa losu od razu go degraduje. W kazdej sytuacji rzecza niemozliwa dla Polaka jest sie podporzadkowac. Dlatego jest dla niego lepiej, gdy ma do tego powod. Biurokracja w Polsce polega na czyms odwrotnym niz w swiecie: urzednicy zalatwiaja jedynie sprawy, ktorych nie mozna zalatwic, natomiast nie zalatwiaja tych, ktore moga. Zaden Polak nie zostanie nigdy dobrym trybem w maszynie, w kazdym razie na pewno nie tym, ktorym ma byc, tylko ewentualnie sasiednim. W Polsce nie moze sie nic kleic i skladac do kupy -- jest to nawet niechetnie widziane -- poniewaz najwazniejsza rzecza jest byc niezaleznym. Kazdy rzecznik przedstawia najpierw swoje prywatne, a dopiero potem stanowisko, ktore reprezentuje. Wszyscy zaznaczaja swoja daleko posunieta rezerwe wobec tego, co tworza. Praca nie czyni z Polaka pracownika. W Polsce pracuja osoby prywatne. Zaden Polak nie jest w stanie zrozumiec Amerykanow, ktorzy na jedno klasniecie w piatek po poludniu potrafia przestac byc zapracowani, a zaczac byc rozbawieni, i nastepnie skonczyc to w wyznaczonym czasie. Polacy bawia sie raczej w pracy, a skoro tylko wyjada na piknik, zaraz przystepuja do zajec zawodowych. Trzezwa ocena sytuacji nie zdaje w Polsce egzaminu. Wskazywalaby ona, ze aby poprawic swoj los, najlepiej jest przestac byc Polakiem. Jednak najwieksza groza przejmuje kazdego Polaka wlasnie mysl, ze moglby byc kims innym. Najwieksza kleske poniosl producent kakao, pokazujac reklame sugerujaca, ze po jego wypiciu wyrasta sie na wielkiego Murzyna. Natychmiast wszystkie matki przestaly podawac dzieciom kakao. O wielkie odszkodowanie wystapila pewna Polka w Ameryce z powodu tego, ze w szpitalu omylkowo obrzezano jej syna. Polak nie oddaje dobrowolnie na zmarnowanie ani jednego kawaleczka polskosci. ------------------------------------------------------------------------ Haslo powstalo na zamowienie niemieckiego radia Sueddeutsche Rundfunk do cyklu satyrycznych autoportretow Europy. ________________________________________________________________________ Andrzej Gorbiel jest mlodym informatykiem/dziennikarzem z Krakowa. Prowadzi dodatek informatyczny w <>, napisal takze ksiazke o Windows. Andrzej Gorbiel (A.Gorbiel@ga-wyb.krakow.pl) NA OBRAZ I PODOBIENSTWO ======================= "Komputer wysysa z czlowieka dusze" -- takie zdanie uslyszalem niedawno w Radiu Mariackim. Jakos nie moglem przejsc obojetnie obok tego stwierdzenia i to pomimo, iz nie jestem w stanie ani zakwalifikowac go do kategorii oczywistych zabobonow, ani tez nie zamierzam podpisywac sie pod tym obiema rekami. Dziwi mnie nieco, ze podobny poglad wyraza publicznie ksiadz, ktory zapewne wierzy, ze dusza ludzka jest niesmiertelna i niematerialna. Oczywiscie powinienem potraktowac to zdanie jako gleboka metafore, jednak pierwszy obraz, jaki jawi mi sie przed oczami, to swietlista smuga wydobywajaca sie gdzies z glebi mojego mozgu, wciagana przez szczeline stacji dyskow do srodka stojacego pod stolem komputera, wsysana, wkrecana i rozrywana na strzepy przez wiatraczek wentylatora. Do kompletu brakuje tylko ksiedza odprawiajacego nad ta scena egzorcyzmy i obficie chlapiacego mnie i monitor woda swiecona. (Nawiasem mowiac, sen taki predzej, czy pozniej moze mi sie przysnic -- kropienie komputera zalecal mi kiedys administrator sieci jako remedium na sporadycznie wystepujace problemy z <>.) Wielkie klamstwo Komputer jest dla mnie zwyklym narzedziem pracy - niczym wiecej. Jest takim samym narzedziem, jak srubokret dla elektryka, jak mlotek dla kowala, jak olowek dla inzyniera... Nie wyobrazam sobie, zeby z ta maszyna wiazal mnie jakikolwiek stosunek emocjonalny. Nie jest dla mnie przedmiotem kultu, ani dumy. Nigdy o nim nikomu nie opowiadam. Moge go wlaczyc i wylaczyc, kiedy zechce. Jesli zechce moge go w ogole nie wlaczac. Pojawienie sie tego kawalka stali i krzemu nic nie zmienilo w moim zyciu i nic sie nie zmieni, kiedy pewnego dnia zdecyduje sie go pozbyc. Tylko, zeby bylo w tym choc troche prawdy!... W poszukiwaniu tajemnicy zycia Wizja komputerow przejmujacych kontrole nad calym swiatem to jeden ze sztandarowych tematow katastroficznego <>. Dlaczego boimy sie tego zelastwa? Dlaczego potrafi ono tak zafascynowac? Nie da sie ukryc, ze od czasu maszyny Turinga, ludzkosc probuje zmienic ten prosty matematyczny automat w quasi-inteligentny twor, wykreowany "na obraz i podobienstwo" czlowieka. Zabawic sie w stworce... Niektorym wielkim szalencom wystarczala mozliwosc odbierania zycia, dzis chca je dawac. Moze wlasnie tego grzechu pychy nie moze darowac radiowy ksiadz. Wszystko zmierza do coraz wiekszego upodabniania dzialania maszyny do sposobu myslenia i komunikowania sie czlowieka. Poszczegolne ekipy naukowcow wyposazaja bezduszny twor w oczy, uszy, glos, zdolnosc czytania, rozumienia mowy, mowienia, a nawet grania i spiewania. Marzymy o programach, ktore umozliwia komputerowi uczenie sie. Sztuczna inteligencja coraz czesciej jest tansza niz ludzka. Jeden genialny szaleniec... Nie zamierzam nikogo straszyc wizja swiata rzadzonego przez maszyny -- jeszcze dlugo bedzie to chleb dla fantastow. Z drugiej strony podobna przyszlosc nie wydaje sie az tak nieprawdopodobna. Skoro dzis tysiace programistow (czesto amatorow) zabawia sie w pisanie wirusow, to jaka mozemy miec gwarancje, ze podobny wirus umieszczony w lekarskim systemie ekspertowym nie stwierdzi u nas dla kawalu raka mozgu zamiast zwyklej grypy, ze trzynastego w piatek nie wlaczy sie czekajacy tylko na te okazje kawalek kodu i nie skieruje samolotu na Antarktyde zamiast na Okecie. Wlasciwie, jakie mamy podstawy do powierzania losow swiata programistom. Jesli jeden z nich postanowi efektownie odejsc, pociagajac za soba piec miliardow istnien, to naprawde moze byc ciezko fakt taki wykryc i mu zapobiec. Ludzie szaleni czesto sa bardzo inteligentni, skrupulatni i konsekwentni. Jesli o kolejnym Wielkim Wybuchu decyduje jedna z miliona linii oprogramowania duzego systemu, to kto bedzie w stanie to sprawdzic? Czemu wysysa? Dajmy spokoj tym ponurym wizjom. Co bedzie, to bedzie... Zastanawia mnie, co szczegolnego pociaga ludzi do tego diabelskiego wynalazku. W konczacym sie stuleciu bylo kilka innych wynalazkow, ktore w istotny sposob zmienily nasz styl zycia. Nie wszystkie z nich staly sie przedmiotem wyraznego kultu -- zabierajac wielu spory kawalek zycia nie na traktowanie ich jako narzedzie pracy, lecz na zglebianie samej ich istoty, badz spedzanie z nimi czasu w sposob malo sensowny. Mysle, ze sa przynajmniej jeszcze dwa wynalazki, ktore potrafia niebezpiecznie uzaleznic: samochod i telewizja. Najsilniej jednak uzaleznia komputer. Szukajac przyczyn tego zjawiska, trudno przejsc obojetnie obok graczy i hackerow -- uzytkownikow, ktorzy do komputera podchodza w sposob (delikatnie mowiac) nie do konca zdrowy. Kosmiczne robactwo Zjawisko nastolatka, ktory cale swoje kieszonkowe zostawia w automacie pozwalajacym mu rozpruwac na ekranie kosmiczne robactwo istnialo juz pod koniec lat siedemdziesiatych. Pojawienie sie domowych komputerow i ogromnego przemyslu gier obrocilo je w problem kliniczny. Co lepszego dal komputer? Na pewno nie mniejsza ilosc wyrzucanych pieniedzy. Dal jednak o wiele wieksza rozmaitosc. Gre mozna w kazdej chwili wymienic na inna. Proste gry zastapione zostaly przez gry przygodowe, strategiczne. Na ekranie zamiast ruchomej kreski pojawil sie zywy bohater. Byl taki, jak my sami w naszych marzeniach: piekny, madry, silny i niesmiertelny. To my powodowalismy, ze stawal sie zywy, ze przezywal codziennie nowe przygody. Bez nas bylby tylko kawalkiem martwego kodu. My dawalismy mu wlasna dusze. Coraz blizej idealu Hacker -- slowo, ktore nabralo nieco pejoratywnego znaczenia, w swiecie prawdziwych hackerow okresla kogos, kto posiadl ogromna wiedze na temat uzywanego przez siebie systemu, kogos, kto czesto z chorobliwa dociekliwoscia zglebia kazdy jego szczegol, kto zna odpowiedz na kazde pytanie i potrafi rozwiazac nierozwiazywalne problemy. Hackerem zwykle nie jest ten, kto komputerami zajmuje sie zawodowo. Prawdziwym hackerem jest kompletny amator -- hobbysta, samouk, ktory samodzielnie zdobyl wieksza wiedze, niz czesto reprezentuja fachowcy. Pierwsi hackerzy pojawili sie wraz z pierwszymi komputerami domowymi, choc pelno dzis ich takze przy wielkich stacjach Unixa. Co ich pociaga? Nie pieniadze i nie czysta, idealistyczna nauka. Mysle, ze tym czyms jest zlozonosc. Pamiec mojego peceta moge wypelnic na 2 do potegi 64 miliony sposobow. To naprawde niewyobrazalna liczba! Atomow w obserwowalnej czesci wszechswiata jest zaledwie 2 do 95-tej. Liczba stanow w jakich moze znajdowac sie komputer, liczba wszystkich mozliwych do napisania programow (nieskonczona!), liczba stanow tych programow kojarza mi sie z jednym -- z ludzkim mozgiem. Jesli dostrzegamy podobienstwo pomiedzy pamiecia czlowieka -- powiazaniami neuronow, a pamiecia maszyny -- zerami i jedynkami w poszczegolnych bitach, zauwazmy jeszcze jedno, staramy sie coraz bardziej zblizyc mozliwosc pamieci komputera (liczby stanow) do mozliwosci ludzkiego mozgu, ktore jak na razie sa duzo wieksze. Czyli znow na obraz i podobienstwo... Wirtualna rzeczywistosc, rzeczywiste dinozaury... Skoro usilujemy za wszelka cene wypelnic tranzystory czyms, co przypomina ludzka swiadomosc, pozostaje postawic pytanie, czy wkladajac w to wlasna dusze, nie pozbywamy sie jej -- kawalek po kawalku. Obawiam sie, ze moze tak byc. Nie nalezy traktowac komputera inaczej niz mlotka. Nie wolno nam pozwolic, aby stal sie on przedmiotem swoistego kultu. Nie nalezy go wpuszczac w te dziedziny, ktore powinny pozostac ludzkie. Mam nadzieje, ze za pare lat komputerowo wygenerowane fraktale nie zastapia malarstwa abstrakcyjnego, ze oparta na statystycznej analizie naszych upodoban wyliczona przez maszyne muzyka nie zastapi geniuszu zywych kompozytorow. Wole slyszec w dzwiekach instrumentu ulomna ludzka reke niz perfekcje robota. Wole przymykac oko na zeza prawdziwej aktorki, niz ujrzec pewnego dnia wygenerowane przez komputer trojwymiarowe bostwo. (Dinozaury natomiast lepiej niech nie opuszczaja cyfrowej, wirtualnej rzeczywistosci.) Nie chcialbym, aby sens poznawania, samodzielnego poszukiwania wiedzy odebraly mi programy, ktore natychmiast udziela odpowiedzi na kazde postawione pytanie. Jesli takie zjawiska stana sie powszechne, bedzie to dowodem, ze komputer rzeczywiscie wyssal z nas dusze. Na razie chyba nie jest tak zle... Donioslosc najwiekszego wynalazku dwudziestego wieku przejawia sie dla mnie dokladnie w jednym -- jest to udana maszyna do pisania. Niewiele wiecej! Czasem tylko, gdy uswiadamiam sobie, jak wielki kawalek zycia wyssal ze mnie komputer, mam ochote zrewanzowac sie za wszystko, co nie wyszlo tak, jak chcialem - roztrzaskujac jego popielata obudowe o rownie szary betonowy bruk. Ale, co winna jest ta drobina krzemu -- ziarnko galaktycznego piasku? ------------------------------------------------------------------------ Trzy bity informatyka dyzurnego. Osobisty jest ten felieton i dosc konserwatywny jak na mlodego profesjonaliste, mlodszego ode mnie o pokolenie. To i komentarz bedzie osobisty. Bo ja, prosze szanownych, komputerowiec jestem. W uniwersyteckim zakladzie informatyki pracuje, studentow informatyki ucze, rzadko cos napisze poza tym. Ale wcale tak nie bylo, a dwadziescia lat temu, gdyby ktos mi powiedzial, ze przehandluje swoja wiedze o kwantowych mechanizmach produkcji czastek przy wysokich energiach, na jakies tam rachunki lambda drugiego rzedu, czy inne rzemieslnictwo komputerowe, to bym sie w glowe pukal az by dudnilo. Az tu pewnego dnia obudzilem sie w innej skorze. Mniejsza o powody, sam nie znam wszystkich. Ale rzeczywiscie gnebilo mnie od dawna pytanie, czy wyssalo ze mnie te dusze, czy nie? Pozwole sobie przypomniec historyjke, ktora juz kiedys opowiadalem. Instalowalismy kiedys w Instytucie Fizyki UJ terminal Odry 1305 (informuje mlodziez, ze byla to calkiem polska maszyna, klon angielskiej ICL 1900, pracujaca pod systemem operacyjnym George III). Maszyna znajdowala sie w podziemiach, koncowka na czwartym pietrze. Winda byla jak zwykle nadpsuta. Osoby, ktore fizycznie zajmowaly sie instalacja dobrze sie nagonily. A potem nasz kolega, ktory na wszystko Oko Mial, mial nam pokazac jak sie tego uzywa. No wiec tu wcisnac, tam wycisnac, to swiatelko ma sie zapalic, drugie zgasnac, terminal ma zaburczec i system ma sie przedstawic: "This is George III. Please login". I nic nie dzialalo! Technicy biegali, analitycy systemowi (byl kiedys taki zawod) kleli i krecili mlynkami modlitewnymi, kolega Odpowiedzialny tlumaczyl, ze przejsciowe trudnosci, itd. i ze zaraz. Swiatelka gasly, zapalaly sie, a maszyna ani mru. W koncu nizej podpisany wyrzekl historyczne slowa: "zaczekajcie, ja to zalatwie". Podszedlem do terminala, cos tam powciskalem i napisalem na klawiaturze: "This is George Karczmarczuk". Zaburczalo, zamrugalo i terminal odparl: "This is George III. Please login". *Po prostu ten szlachetny gentleman brytyjski czekal, az ktos mu sie przedstawi najpierw!* Ale moja zona miala inna interpretacje, stwierdzila, ze najwyrazniej moja dusza juz odchodzi od czlowieczenstwa, a zbliza sie do tych, tam, druciskow, co mozna stwierdzic po latwosci komunikacji z jednymi i drugimi. Zakonczmy jednak akcentem bardziej serio. Otoz wydaje mi sie, ze glowna atrakcja komputera jest to, ze jest uniwersalnym narzedziem do modelowania. Ze kazdy moze wytworzyc na nim nowa rzeczywistosc, w dodatku (na ogol) posluszna. Ze mozesz komus wreszcie cos rozkazac, a on cie poslucha!! Moze ktos z Czytelnikow zachce siegnac do pewnej ksiazki <>, cokolwiek zapomnianej ostatnio ze wzgledow politycznych, mianowicie do <> Lema. Juz tam, wtedy, mozna odczytac te filozofie. Bac sie, ze programy zastapia czlowieka w nauce, w sztuce? Phi!, przeciez tych mozliwych fraktali jest nieskonczenie wiele. Ulomny artysta znajdzie odpowiedni estetyczny algorytm i stworzy dzielo wcale nie martwe. Jedyna roznica miedzy nowym artysta a starym jest taka, ze stary machal pedzlem i nie potrafil wyjasnic dlaczego, a nowy wezmie jakis matematycznie dziwaczny proces rekursywny i nie bedzie w stanie wyjasnic dlaczego. Programy odpowiadajace na pytania naukowe zamiast brodatych profesorow? No to brodaty profesor bedzie wpierw musial odpowiedziec na pytanie jak te druciska zaprogramowac. To tez nauka. Aktorzy poruszajacy sie miedzy plastikowymi i drewnianymi atrapami na planie filmowym, czy miedzy markerami, ktore pozniej zastapi sie synteza graficzna -- jaka to roznica? Czy blizszy nam jest stolarz heblujacy bukszpryt statku piratow, a dalszy programista, ktory zrobi to NURBSami? Mnie jest wszystko jedno. Nie, zadne takie. Nic ze mnie mojej (watpliwej) duszy nie wysysa. Jedyny rzeczywiscie parszywy skutek tej calej komputeryzacji to to, ze czlowiek sie mniej rusza, tyje i oczy mu sie psuja. Na pohybel!! Jurek K_uk ________________________________________________________________________ Jurek Krzystek SZOSTAKOWICZ W METROPOLITAN OPERA ================================= Niewiele oper zdolalo tak rozbudzic emocje jak <> Dymitra Szostakowicza i zadnej bodaj nie spotkalo to z powodow calkowicie pozamuzycznych (po namysle, znalazloby sie kilka innych, n.p. <> Verdiego). Skandal wokol opery mial tlo czysto polityczne. Po dwoch latach sukcesow skomponowanego w latach 1930-32 dziela, zarowno w ZSRR jak i na swiecie, przedstawienie zaszczycil obecnoscia sam Jozef Stalin. Jego wyjscie przed koncem przedstawienia nie pozostalo niezauwazone. Niedlugo potem ukazal sie niepodpisany artykul redakcyjny w <>, jeden z tych, o ktorych wiedziano, ze pisal je sam Stalin, a w nim kazdy mogl przeczytac druzgocaca krytyke wszystkich bez mala aspektow dziela, od zdegenerowanej muzyki poczawszy, na wydzwieku ideologicznym skonczywszy. Stalin, jak wiadomo, byl wszechstronny i rownie dobrze znal sie na muzyce, co na jezykoznawstwie. Jak wielkim szokiem musialy byc dla kompozytora te wydarzenia mozna sobie wyobrazic przypominajac ich date: 1936, poczatek Wielkiej Czystki. Artykul redakcyjny w <> o podobnym tonie byl na ogol zwiastunem rychlego aresztowania i lagru, jesli nie gorzej. Szostakowiczowi nic sie w koncu nie stalo, ale ile sie najadl strachu, to tylko on sam wiedzial (i czesciowo opisal w pamietnikach). A przeciez krytyka ta byla na wskros niesprawiedliwa. Kompozytor swym dzielem zaspokoil istniejace zapotrzebowanie, a byla nim bezlitosna krytyka i drwina ze spoleczenstwa burzuazyjnego z jego podwojna moralnoscia i hipokryzja. Takie bylo jedno z zalozen artystycznych modernizmu, do ktorego to nurtu zaliczala sie owczesna tworczosc Szostakowicza, a <> w szczegolnosci. Kompozytor z librecista, Aleksandrem Prejsem, pozamieniali nawet wiele watkow oryginalnej powiesci Mikolaja Leskowa, ktora jest podstawa libretta, aby glowna bohaterke, Katarzyne Izmailowa uczynic ofiara XIX-wiecznych stosunkow spolecznych, a nie krwawa sadystka, jak jest w oryginale. W operze pojawiaja sie sluszne politycznie postaci wiesniaka, wprawdzie pijaka, ale i filozofa, oraz popa, ktory zre, pije i ugania sie za dziwkami. Nie pomoglo: gwozdziem do trumny opery okazal sie nieoczekiwany aplauz, z jakim przyjeto ja na Zachodzie, szczegolnie w USA. Stalin byl zazdrosny i podejrzliwy: skoro tam sie opera podoba, to znaczy przemyca jakies niecne tresci. <> zostala zdjeta z afisza na lat prawie 50; jej kompozytor ostracyzowany, niemal zaszczuty, nigdy juz nie napisal innej opery. Po dziesiatkach lat powrocil do partytury, dokonal lagodzacych przerobek i nadal jej nowy tytul: <>, od nazwiska glownej bohaterki. Oryginalna wersja nie zaginela jednak i "wynurzyla sie" w 1979 roku na Zachodzie. Od tej pory dzielo ponownie swieci triumfy w oryginalnym ksztalcie i pod pierwotna nazwa, zas nikt nie wykonuje pozniejszej przerobki. Akcja opery przedstawia autentyczna historie zony zamoznego kupca Izmailowa i jego zony, Katarzyny, ktora znudzona pozyciem z mezem i molestowana przez tescia--brutala, Borysa Timofiejewicza Izmailowa, truje najpierw tego ostatniego, a pozniej, z pomoca mlodego parobka, Sieriozy, morduje rowniez i meza. Podobnie jak u Szekspira, jedno morderstwo pociaga drugie. Po kolejnych zabojstwach straszna para: Katarzyna i Sierioza zostaje zdemaskowana podczas wesela i oboje zostaja skazani na syberyjska zsylke. Podczas jednego z etapow, przy przeprawie przez Wolge, Katarzyna topi nowa kochanke Sieriozy, o ktora jest zazdrosna, i sama ginie rowniez. Brrr... Istny horror. Przedstawienie w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, ktore probuje zrelacjonowac, jest dzielem zespolu na wskros miedzynarodowego. Rezyser (Graham Vick), scenograf i choreograf wszyscy sa Anglikami. Spiewacy miedzynarodowi, z silnym udzialem Rosjan i ogolnie Wschodniej Europy. Caloscia dyryguje rdzenny nowojorczyk, James Conlon. Glownym zalozeniem rezyserskim bylo przeniesienie akcji opery o niemal 100 lat wprzod: zamiast w Rosji carskiej rozgrywa sie ona za rzadow -- na oko -- Chruszczowa albo Brezniewa. Gdy unosi sie w pierwszym akcie kurtyna, na scenie widzimy telewizor, w ktory wpatruje sie znudzona Katarzyna, liche meble znane nam z epoki realnego socjalizmu, tudziez samochod, o ile dostrzeglem, marki Moskwicz z moskiewskimi numerami rejestracyjnymi. Trick moim zdaniem jak najbardziej sluszny. Glowna rola opery mialo byc <>, a kto sie w dzisiejszych czasach bedzie gorszyl bezecenstwami popelnianymi za cara Aleksandra II? W kazdym razie samochod na scenie, przez cala opere odgrywajacy zreszta wazna role, znakomicie prowokowal publicznosc, jak rowniez krytykow, ktorzy (z wyjatkiem <>) suchej nitki nie pozostawili na inscenizacji. A na Moskwiczu sie bynajmniej nie skonczylo: w roznych scenach opery pojawiaja sie jeszcze inne maszyny, na przyklad podnosnik widlowy wwozacy na scene podwojne lozko, bardzo wazny rekwizyt w operze. Z kolei chor jest przebrany za watahe elementow na pol kryminalnych, zas sam Sierioza, dla ktorego i wraz z ktorym Katarzyna morduje malzonka, jest ucharakteryzowany na <>, kryminaliste z obfitymi i malowniczymi tatuazami. Co do skandali: juz w 1935 roku na scenach amerykanskich pewne sceny opery byly cenzurowane. W 1994 roku, jak widac, przynajmniej w Nowym Jorku nie trzeba. Bardzo sugestywny seks na stole w rytm szalonego galopu Szostakowicza, a zwlaszcza akompaniamentu <> puzonow do dzis nie jest rutynowym elementem przedstawien operowych. Slowo wiec o muzyce. Wasz korespondent zdazyl sie juz nieraz w <> zadeklarowac jako konserwatywny w gustach. Szostakowicza omijalem z daleka, sadzac, ze najlepszy byl zawsze w parodii, pastiszach, przerobkach, a to troche za malo na wielkosc. (Znakomitym przykladem szostakowiczowskiego pastiszu jest slynny marsz z Symfonii Leningradzkiej, bedacy parodia marszu hitlerowskiego. Trafil pozniej jako czolowka muzyczna do rodzimej <> z dzielnym Kapitanem Klossem.) Tendencje do ironii, przedrzezniania jak rzadko gdzie ujawniaja sie w <>, kora z zalozenia miala byc kpina i parodia na zmiane z tragedia. Pasuja rowniez znakomicie do omawianej inscenizacji, rownie parodiujacej klasyczna opere co i pop-art (nie wspomnialem jak dotad szczegolnie kulminujacego momentu opery, kiedy zza kulisow wynurza sie kartonowa piesc z napisem *ZAP*, niczym w <>, tyle ze pisanym cyrylica). A jednak sa rowniez w partyturze momenty wielkiego liryzmu, ktorym przesycona jest zwlaszcza glowna bohaterka opery. Liryzm ten nie ma nic wspolnego z melodyka, ale liryzmem byc nie przestaje. Moze wiec warto posluchac uwaznie i bez uprzedzen jakiegos dojrzalego i nie parodystycznego utworu Szostakowicza? Partie Katarzyny Izmailowej wykonywala w Met Maria Ewing, znakomicie. Obdarzona walorami zewnetrznymi niezbyt czesto spotykanymi u zawodowych spiewaczek operowych (mowiac wprost, narazajac sie na zarzut seksizmu: szczupla i atrakcyjna), glos ma imponujacy, a i aktorsko jest przekonywujaca. Jezyk rosyjski -- wszystko spiewane jest w oryginale, jak zawsze w Metropolitan, zas zadnych napisow nad scena nie ma -- opanowala bardzo dobrze. Znakomitym jej partnerem byl nie tyle Sierioza (Wladimir Galuzin), co tesc, Borys Timofiejewicz, spiewany przez basa, Siergieja Kopczaka. Dawno juz nie slyszalem tak wspanialego glosu na scenie i z niecierpliwoscia czekam na przedstawienie <>, w ktorym Kopczak spiewa partie Komandora. Bardzo dobre przedstawienie, a co do krytykow i publicznosci nowojorskiej -- dali sie sprowokowac i o to chyba chodzilo. ________________________________________________________________________ Z cyklu: *kacik kulinarny* Jurek Karczmarczuk SOSY I. ALLEGRO MAESTOSO ======================== Dzisiejszy odcinek zostal zainspirowany przez pewien artykul z polskiej prasy polonijnej. Artykul tamten byl przemowieniem pewnego Amerykanina w trzecim pokoleniu, ktory podpisal sie *hrabia* i w swoim przemowieniu nawoluje do odrodzenia polskiego honoru narodowego i kultu heroicznych przedstawicieli polskiej szlachty. Nie mam zamiaru sie wyzlosliwiac, naprawde, zupelnie nie o to chodzi. Pokiwalem tylko glowa: jakze stabilne jest w naszej zachodniej cywilizacji to umilowanie szlachectwa, symboliki, godnosci... I przypomnialem sobie calkiem inne srodowisko i inna epoke. Przypomnial mi sie Marie-Antoine Careme (1783--1833). Biedny chlopiec z licznej rodziny, ktory zaczynal swa edukacje w wieku lat 10 od ulicy, i ktory przez przypadek poznal podstawy sztuki kulinarnej. W wieku lat 16 zaczyna terminowac u Bailly'ego, jednego z najlepszych cukiernikow paryskich. Oblizcie sie z nalezyta czcia, gdy bedziecie przchodzic przez ulice Vivienne. Bailly sie zachwycil chlopakiem i kazal mu studiowac. Nie byly to banalne studia, oj nie! Careme sleczy nad rysunkami architektonicznymi w Gabinecie Rycin Biblioteki Narodowej, aby wzory zen wziete uzyc nastepnie do <>, wielopoziomowych tortow francuskich, przedmiotow szacunku i zazdrosci, podziwianych nawet przez samego Pierwszego Konsula. Kariera Careme'a byla oszalamiajaca. Przez 12 lat panowal nad kuchniami Talleyranda. Byl ulubiencem dyplomatow, sluzyl ksieciu regentowi angielskiemu, przyszlemu Jerzemu IV, wyslano go na dwor cara Aleksandra I (skad przywiozl troche klasyki np. <> oraz <>, pozwole sobie nie zaklocac oryginalnej transkrypcji...). Panowal czas jakis nad stolami dworu wiedenskiego, a ostatnie lata zycia spedzil u barona Rotschilda. Zmarl mlodo, w wieku 50 lat. Wydal kilka fantastycznych ksiazek, teoretycznych i praktycznych, w szczegolnosci niedoscigla <> (1833) w pieciu tomach. Pisal w stylu majestatycznym, zapraszal czytelnika do stolow krolow i cesarzy. Doskonale wyczul ten ped do arystokratyzmu, do Honorow i Symboli w splesnialej demokracji Konsulatu. Byl parweniuszem, wiec to Szlachetne Zarcie, swoj niebagatelny talent teoretyczny i praktyczny wykorzystal jako bron osobista w swojej karierze. Zazdroscil np. Brillat-Savarinowi jego znacznie szerszej wiedzy naukowej i ogolnej oglady, wiec staral sie pokazac, ze w detalach kulinarnych nie ma sobie rownych. Aleksander I wyznal kiedys Talleyrandowi: "mysmy nie umieli jesc, dopiero Careme nas nauczyl!". Careme byl pierwszym, ktory sklasyfikowal francuskie sosy i podal ogolna ich "teorie". I tak przechodzimy wreszcie do tematu, czyli do omowienia klasycznych sosow francuskich. Sama nazwa sosu pochodzi od lacinskiego <>, czyli slony. Myslicie, ze jak wszystko w tej branzy, sosy istnieja od zawsze? Moze, ale dopiero od XVII i XVIII wieku mamy do czynienia z sosami klasycznymi, z majonezem, beszamelem, Soubise, mirepoix itp. Omowmy wiec kilka bardziej znanych i uznanych. Wybor jest oczywiscie arbitralny. Proporcje rowniez. Dzis pierwsza czesc dluzszej calosci. Beszamel Zrodlo: Louis de Bechameil (1630--1703), <> Ludwika XIV, praktycznie na pewno sam sosu nie wymyslil. Stopic 40 g masla w garnku o *grubym dnie*, dodac 40 g maki i intensywnie mieszac/rozcierac na wolnym ogniu. Ma byc gladkie, nie powinno sie zrumienic, choc winno byc podgrzewane kilkanascie minut! Zdjac z ognia, ochlodzic nieco i wlac pol litra (najlepiej goracego) mleka. Pogotowac, mieszajac intensywnie caly czas. Dodac soli, pieprzu i -- klasyczny dodatek -- odrobine startej galki muszkatolowej, ale jesli beszamel bedzie wykorzystany w potrawie o wlasnym, charakterystycznym i ostrym smaku, to nie warto. Gotowanie jest dlugie. Curnonsky twierdzi, ze poltorej godziny, ale nie szalejmy. W kazdym razie minimum 20--30 minut. Jak sie pogotuje krocej, to nikt nie bedzie strzelal, ale badzmy szczerzy -- to tak, jakby ktos Was przy stole potraktowal "Waszmoscia", gdy tymczasem przysluguje Wam od trzech pokolen tytul hrabiowski! Jak wykorzystac ten sos, to inna sprawa. Wiekszosc wie o zapiekankach pod beszamelem, ale to nie wszystko. Polecam lososia z rusztu polanego tym sosem. Nawet zwykle brokuly mozna podac z beszamelem. Mozna dodac smietany, zoltko i sto innych drobiazgow przeistaczajacych go w inny sos, juz anonimowy (macie <>). Mozna podczas przygotowania zasmazki dodac cebule. Mozna dodac pol lyzeczki cukru. Albo curry. Jest tez pare wariantow klasycznych i nazwanych. Tu nalezy wymienic przynajmniej sos Soubise marszalek Francji, Charles de Rohan, ksiaze Soubise, ktory chyba go nie robil, tylko lubil). Soubise opiera sie na puree z cebuli. Ugotowac cebule, powiedzmy cztery spore biale cebule na pol litra beszamelu, dodac do zasmazki po roztarciu, albo nawet zmieszac z gotowym beszamelem, ma sie dobrze polaczyc. Co z nim robic? Wasza sprawa. Ale sprobujcie np. ugotowac pare jajek na twardo, pokroic i zalac tym sosem, ktory winien byc dosc gesty. Od razu Was zaczna tytulowac baronem. Inny klasyczny wariant to Mornay (nazwa niejasna, byl kiedys Charles de Mornay, pan du Plessis-Marlay, zwolennik protestantyzmu i ekumenizmu za czasow Henryka Nawarskiego, ale to chyba nie od niego. Z tamtych czasow to moze zachowaly sie jakies interesujace napoje, ktore warzyla Medyceuszka...). Do pol litra beszamelu dodac 50--80 g startego gruyere, ewentualnie bardzo drobno startego parmezanu. Nie za duzo sera, bo moze sie skluszczyc. Po lekkim ochlodzeniu dodac dwa zoltka. Bardzo dobry do zapiekanek, do podawania z rybami. Zrobcie nalesniki z nadzieniem z uduszonych grzybow, na bardzo gesto, i rozrzedzcie to nadzienie sosem Mornay. Nalesniki po zwinieciu zalac jeszcze tym sosem i do piekarnika na 20 minut. Mozna jesc w smokingu, choc bez zlotego lancucha na szyi. A do tych nalesnikow jakies mlode biale wino, najlepiej lekko musujace (<>). Aioli (wzglednie, w starszej pisowni: ailloli). Nazwa pochodzi od <> -- czosnek i <> -- olej po prowansalsku. Jest to sos typu majonezu, bardzo zacny i klasyczny, pochodzi z poludnia Francji. I mam klopot, bo mam przed soba trzy przepisy, podobne, ale z roznymi proporcjami. Sugeruje to, ze sos jest tolerancyjny. I to jest prawda, nie kazdy zdaje sobie sprawe, ze czosnek jest znakomitym emulgatorem, ktory moze uratowac niejedna winegretke i niejeden majonez od zwarzenia. Obrac piec sporych zabkow czosnku i rozgniesc je bardzo drobno w mozdzierzu porcelanowym. No, niech bedzie -- zmiksowac. Zmiksowac razem z dwoma zoltkami, odrobina pieprzu i sola. Technika miksowania, czy ucierania bywa rozna. Ja uzywam recznego miksera elektrycznego z nozem zanurzanym w zewnetrznym, dosc glebokim naczyniu. No i jak przy produkcji majonezu, dolewac cienka struzka olej o temperaturze pokojowej. Sos winien zgestniec i zrobic sie gladki. Gdy zacznie sie robic zbyt twardy przerwac natychmiast. Poniewaz jest to sos typu ludowego, a nie zadne tam marszalki, wiec istnieje tez w wariancie z dogeszczaczem: dodac duza lyzke gestego puree ziemniaczanego. To nie jest zly pomysl, sos staje sie mniej tlusty. Podaje sie go z ryba z wody na zimno, z burrida, salatkami, slimakami, czy po prostu z wedlina. Ale, gdy jakis poludniowiec Wam wspomni o <>, ktore sie degustuje dwa -- trzy razy do roku, to to jest swiateczne danie, ktore wzbogaca sos o najrozmaitsze ryby gotowane, w szczegolnosci dorsza (<>), kawalki gotowanej wolowiny i baraniny, najrozmaitsze jarzyny (marchewka, seler, fasolka, kalafior, buraki, <> itp.), a wszystko przyozdobione slimaczkami i jajkami na twardo. No i jedzenie tego to jest Ceremonia. Chateaubriand Tak, jest taki sos tez. Posiekac drobno kilka ostrych szalotek, ma ich byc duza lyzka, moze poltorej. Wlac 1 dl bialego wina i gotowac na wolnym ogniu, az odparuje ponad polowa. Dodac ok 1.5 dl <> z dodatkiem madery i znowu gotowac, az odparuje ok. polowy. Zdjac z ognia, dodac 100 g masla i lyzeczke posiekanego estragonu. Doprawic paronastoma kroplami cytryny i pieprzem z Cayenne. Znakomite np. do barbecue. Trzeba wiec wyjasnic co to jest ow demi-glace. Otoz jest to sos miesny, dlugo gotowane mieso wolowe z jarzynami, np. marchewka, ewentualnie z pomidorem (mozna od biedy dac troche koncentratu) a potem jeszcze sam plyn, w celu zageszczenia przez odparowanie. Niektorzy opieraja demi-glace na tzw. wariancie hiszpanskim, ze zlociscie-brunatna zasmazka, inni bez. Musi byc gesty. Robi sie go dlugo i nalezy *bezwzglednie* go odtluscic przez schlodzenie przed zakonczeniem gotowania i zdjecie tluszczu z gory. Specjalisci od dodatkow typu madery twierdza, ze nie nalezy jej gotowac, wiec proponuje dodac ten kieliszek do gotowego Chateaubrianda, albo wypic sama madere w trakcie, z nudow. To jest koniec dzisiejszego odcinka. Czekaja nas jeszcze (kiedys) sosy pomidorowe, rybne, inne pochodne majonezu, sosy na winie, sosy ostre, czosnkowe, oraz sosy egzotyczne. Grunt, zebysmy zdrowi byli. ------------------------------------------------------------------------ Trzy kesy smakosza dyz. Najwyrazniej mam prostackie gusta, bo z wyzej wymienionych moim zdecydowanym faworytem jest aioli. Przepis, ktory stosuje, jest odwroceniem podanego powyzej: zaczynamy od puree ziemniaczanego, ktore mieszamy ze zgniecionym/ poszatkowanym czosnkiem i zoltkami jajek. Do tego dodajemy waska struzka olej, intensywnie mieszajac. Proporcje ziemniaki: jajka determinuja koncowa gestosc sosu -- im wiecej puree, tym oczywiscie gestszy i mniej tlusty. Pasuje idealnie do ryb, ale zauwazylem domownikow, ktorzy konsumowali go po prostu ze swieza bagietka. Warunek <>: trzeba lubic czosnek. Mniam... J.K_ek ________________________________________________________________________ Maria Solarska (marisol@hanuman.if.uj.edu.pl) ZACHARSKI I INNI -- LIST DO REDAKCJI ==================================== Szanowni Panowie, Ostatnie <> przeczytalam dzieki znajomemu; nie jestem Waszym subskrybentem i nie wiem jak dalece Wasze pismo reprezentuje Polonie, zwlaszcza Amerykanska. Dociera ono pewnie i do innych czytelnikow. Po przeczytaniu komentarza p. Jurka Krzystka o tym, ze mianowanie Zacharskiego z perspektywy transoceanicznej wyglada na pure-nonsens i sztubacka beztroske stwierdzilam, ze w artykule p. Salskiego i w komentarzu redakcyjnym zabraklo <> perspektywy odmiennej od tej transoceanicznej. Juz zapomnialam szczegolow tego mianowania, mialo to miejsce w lecie, (czy cykl wydawniczy <> jest naprawde az taki dlugi?) pamietam jednak, ze protesty u nas byly bardzo glosne, sam prezydent Walesa chodzil zly jak ul i naprawde nie potrzebowal inspiracji ze strony pana Dutkowskiego, o ktorym mogl naprawde nie slyszec. W ogole wydaje mi sie, ze aczkolwiek zrozumialam, ze Polonia kalifornijska jest zdenerwowana, to nie rozumiem dlaczego wydzwiek artykulu jest taki, jakby polskie wladze chcialy specjalnie tej Polonii dokuczyc. Wydaje mi sie to cokolwiek nieskromne. Znacznie bardziej te wladze dokuczaja nam tu, w kraju. Gwarantuje Panom, ze w zadnym wypadku nie zakochalabym sie w p. Zacharskim, gdyz cenie przyzwoitosc bardziej niz sprawne szpiegowanie, z tego tez wzgledu jednak nie zakochalabym sie w p. Kuklinskim branym w obrone przez p. Nowaka-Jezioranskiego. Obaj usilowali mnie sprzedac, obaj sa dla mnie wstretni. Marzylabym o tym, zeby obu wyslac gdzies na pustynie, dac im tylko jedna banke z woda, natomiast kazdemu wsadzic w garsc rewolwer i niech to sobie zalatwia miedzy soba. Polonia Amerykanska moze im kibicowac, ale ja nie chce i nie bede. Nie rozumiem takze, co pan Brzezinski mial na mysli atakujac polskie wladze, ze dla nich zimna wojna nie miala wymiaru moralnego. Nie rozumiem nie dlatego, zebym uwazala, ze obie walczace ideologie byly moralnie rownowazne, lecz dlatego, ze rakiety amerykanskie byly skierowane nie tylko w Kreml, ale i w mojego jamnika, wiec moj jamnik ma takie samo zdanie co do moralnosci obu rakiet i tych, ktorzy je naprowadzaja. (Aczkolwiek prezydent Carter byl niewatpliwie moralniejszy niz premier Pawlak w swietle ostatnich rewelacji brukowych, choc obaj sa dla mnie rownie przystojni). A bardziej serio: jesli o naszej polityce zagranicznej wypowiada sie Departament Stanu, to takie demarche moga byc traktowane gorzej, jako wyraz checi podporzadkowania polskiej polityki Stanom (czego nie tylko byly komunista ma prawo nie lubiec), albo lepiej, jako danie wyrazu niepokojowi, ze demokracja u nas nie zawsze odpowiada przyjetym na Zachodzie standardom, co zreszta jest faktem. (Choc powtarzane jak katarynka uprzejme ostrzezenia, ze przeciez Zacharskiego nie mozna mianowac na zadne stanowisko, bo jak tylko pojedzie do Stanow, to go wsadza do wiezienia, smiesza mnie tylko i sugeruja, ze ktos sie wyglupia uwazajac Zacharskiego za naiwniaka). Ale jesli wypowiada sie w tym duchu Polonia, a w dodatku grozi, ze jak polski rzad dalej bedzie flirtowal z tamtym rudym, to oni sie zrzekna roli swatki, to ja nie wiem, czy to swaty, czy tak zwane swaty wschodnie, czyli handel zywym towarem. A w dodatku znalazlam w tekscie jakies nieprzyjemne uwagi na temat prorosyjskiej, czy innej polityki prezydenta Clintona i jego funkcjonariuszy. Ja nie mialam i nie mam dokladnie nic do powiedzenia na temat polityki prezydenta USA, tylko wydaje mi sie ze Polonia, czy jej republikanska frakcja, przy okazji calej sprawy z p. Zacharskim piecze swoja wlasna, czysto lokalna pieczen, ktora ma tyle wspolnego ze mna, co moj jamnik z nimi. Mimo to nie napisze panu Nowakowi-Jezioranskiemu, ze jego stwierdzenie, iz nie jestesmy wiarygodnym sojusznikiem, jest prowokacyjnym policzkiem wymierzonym mojemu jamnikowi. On byl i bedzie wiernym przyjacielem demokracji, choc nie lubi nawet demokraty, gdy ten mu nadepnie na ucho jak spi. Wiecej powodow do usmiechow i Wam i sobie w roku 1995 zyczy Marysia Solarska ________________________________________________________________________ MUZYCZNY JUBILEUSZ ================== Czytelnikow z Waszyngtonu, D.C. i okolic byc moze zainteresuje wiadomosc o koncercie w wielkiej sali koncertowej Kennedy Center w wykonaniu National Chamber Orchestra pod dyrekcja jej zalozyciela, Piotra Gajewskiego. Koncert ten, majacy charakter jubileuszowy (dziesieciolecie istnienia orkiestry) odbedzie sie 25 stycznia o godz. 20.00, a wypelnia go nastepujace utwory: - Mozart: Dwie arie koncertowe (Phyllis Bryl-Julson, sopran) - Turina: Rhapsodia Sinfonica (Santiago Rodriguez, fortepian) - Ibert: Concertino da Camera (Gary Louie, saksofon) - Gerber: Koncert skrzypcowy (Kurt Nikkanen, skrzypce) - Bach: Kantata nr 50 <> (chor Washington Consort) - Beethoven: II Symfonia Slow kilka o dyrygencie: urodzony w Warszawie, wyjechal z Polski wraz z rodzicami w 1969 roku. Ukonczyl konserwatorium w Cincinnati w klasie dyrygentury, spedzil lato na festiwalu w Tanglewood (gdzie po sezonie graja Filharmonicy Nowojorscy) jako Leonard Bernstein Conducting Fellow, po czym zalozyl wspomniana wyzej profesjonalna orkiestre. 28-go lutego b.r. o godz. 16 Gajewski bedzie tez dyrygowal orkiestra The Catholic University of America podczas ceremonii wreczania doktoratu honoris causa tego uniwersytetu kompozytorowi Henrykowi Goreckiemu, zas w maju ma prowadzic orkiestre Royal Philharmonic w Liverpoolu, W. Brytania, wykonujac slynna juz III Symfonie tego tworcy. J.K_ek ________________________________________________________________________ Redakcja "Spojrzen":spojrz@k-vector.chem.washington.edu, oraz spojrz@info.unicaen.fr Adresy redaktorow: krzystek@k-vector.chem.washington.edu (Jurek Krzystek) karczma@info.unicaen.fr (Jurek Karczmarczuk) Stale wspolpracuja: mickey@ruby.poz.edu.pl (Michal Babilas) bielewcz@uwpg02.uwinnipeg.ca (Mirek Bielewicz) zbigniew@engin.umich.edu (Zbigniew J. Pasek) Copyright (C) by Jurek Krzystek (1995). Copyright dotyczy wylacznie tekstow oryginalnych i jest z przyjemnoscia udzielane pod warunkiem zacytowania zrodla i uzyskania zgody autora danego tekstu. Poglady autorow tekstow niekoniecznie sa zbiezne z pogladami redakcji. Numery archiwalne dostepne przez anonymous FTP z adresu: k-vector.chem.washington.edu, IP # 128.95.172.153. Tamze wersja PostScriptowa "Spojrzen". _____________________________koniec numeru 116_________________________ .