______________________________________________________________________ ___ __ ___ ___ _ ___ ____ | _| _ _ _ ___ / _|| || | | || | |_ || |_ | \ | || || | / / | | || | | | || | | / / | _| | \| || || | | _/ / | _|| | | _| || \ / /_ | |_ | |\ || || | |__/ |_| |___|| | ||_|\_\|____||___| |_| |_||_||_|_| |___| _______________________________________________________________________ Piatek, 13.05.1994 ISSN 1067-4020 nr 103 _______________________________________________________________________ W numerze: Jurek Karczmarczuk - Od redakcji Eric Hobsbawm - Nowa grozba dla historii (dok.) John LeCarre - Labedzi spiew Jurek Karczmarczuk - Akademia jest sobie winna Norman Davies - Sztuka politycznego ogrodnictwa Dariusz Galasinski - Meski jezyk Michal Orlowski - Uwagi o "Liscie Schidlera" Jacek Arkuszewski - Odpowiedz Michalowi Orlowskiemu Michal Jaegermann, Michal Gruszczynski - Listy do redakcji Jurek Karczmarczuk - Odpowiedz MJ i MG _______________________________________________________________________ Jurek Karczmarczuk Najdoskonalsi Czytelnicy! Co pewien czas dowiadujemy sie, ze materialy oryginalne, a takze niektore przedrukowane przez nas, ida dalej w swiat za posrednictwem prasy polonijnej, lub innych mediow, np. stacji radiowych. Jesli chodzi o przedruki, pozostaje nam wzruszyc ramionami. Korzystanie z nich przez innych jest naturalnym objawem lenistwa, nie potrzeba juz przepisywac, artykuly sa w gotowej, elektronicznej postaci. Natomiast co do artykulow oryginalnych, nasze zyczenia sa powazniejsze. Po pierwsze, gdy w stopce redakcyjnej prosimy o uzyskanie zgody autora, jestesmy powazni! My nie jestesmy agencja prasowa, a pisza do nas na ogol ludzie, ktorych uwazamy za osobistych przyjaciol. Po drugie, bylibysmy wdzieczni za kontakt i za poinformowanie *nas* takze, ze korzystacie z naszych materialow. No i moze mielibyscie cos dla nas tez? Mamy w tym numerze kilka slow o Macedonii, wiecej bedzie w nastepnym numerze. Jesli ktos zechce przedstawic odmienny punkt widzenia - uprzejmie zapraszamy. Planujemy takze cos o szpiegach, jako reakcje na dzisiejszy felieton Johna LeCarre. Zeby zachecic Czytelnikow: bedzie cos o tym jak szpiedzy, w tym tez jeden Polak, pomogli wygrac bitwe o Normandie. Bedzie to nasz drugi, ale nie ostatni, odcinek o <>. Konczymy ten numer dyskusja na tematy techniczne zwiazane z formatowaniem "Spojrzen". Co jakis czas bedziemy do tego wracac, gdyz chcemy ulatwic zycie naszym nastepcom, osobom, ktore zechca redagowac kiedys jakis magazynek elektroniczny *naprawde* po polsku. Prosimy alarmowac o wszelkich nieprawidlowosciach. Informujemy uprzejmie, ze dzis jest piatek, trzynastego, a kilka dni temu mialem zacmienie Slonca. J. K_uk ------------------------------------------------------------------------ "The New York Review of Books", 16.12.1993 przetlumaczyl, skrocil i przypisami opatrzyl: Mirek Bielewicz NOWA GROZBA DLA HISTORII ======================== (dokonczenie) W tym miejscu pragne poruszyc drugi i zarazem glowny punkt mojego wystapienia, ktory bardziej bezposrednio odnosi sie do zadan uniwersytetu jako instytucji. Albo przynajmniej tej czesci zadan, ktore odnosza sie do mnie jako historyka i nauczyciela akademickiego. Bowiem historia jest naturalnym surowcem dla nacjonalistycznych czy etnicznych lub fundamentalistycznych ideologii, tak jak mak stanowi surowiec dla narkomanii heroiny. Przeszlosc jest podstawowym skladnikiem, tym zasadniczym budulcem owych ideologii. Jesli odpowiednia przeszlosc nie istnieje, zawsze mozna ja wymyslec. W istocie zazwyczaj tak sie dzieje, ze calkowicie odpowiednia przeszlosc nie istnieje, poniewaz zjawiska, ktore te ideologie propaguja, nie sa wcale starozytne ani odwieczne, tylko historycznie nowe. Odnosi sie to zarowno do religijnego fundamentalizmu w jego wspolczesnych wersjach - stworzona przez Ajatollaha Chomeiniego wersja panstwa islamskiego nie istnieje dluzej niz od poczatku lat 70-tych - jak i do wspolczesnego nacjonalizmu. Przeszlosc legitymizuje. Przeszlosc dostarcza znakomitego tla dla terazniejszosci, ktora nie ma zbyt wielu wlasnych osiagniec. Przypominam sobie czytane gdzies studium starozytnej cywilizacji miast polozonych w dolinie Indusu zatytulowane "5000 lat Pakistanu". O Pakistanie nikt nawet nie myslal przed rokiem 1932-33, kiedy to nazwe te wymyslili jacys wojowniczy studenci. Dopiero od 1940 r. nazwa ta stala sie celem powaznych politycznych aspiracji. Panstwo Pakistan istnieje dopiero od 1947 r. Nie ma zadnego dowodu na istnienie silniejszych zwiazkow miedzy cywilizacja Mohendzo-Daro [3] a wspolczesnymi wladcami w Islamabadzie, niz na przyklad pomiedzy bohaterami Wojny Trojanskiej a wspolczesnym rzadem w Ankarze, ktory wlasnie obecnie mowi o powrocie - chocby tylko na pierwsza publiczna wystawe - skarbow krola Troi Priama, odnalezionych przez Schliemanna. Ale przeciez "5 tys. lat Pakistanu" brzmi jakos znacznie lepiej niz "czterdziesci szesc lat Pakistanu". W takiej sytuacji historycy zaczynaja odgrywac nieoczekiwana dla siebie samych role politycznych aktorow. Zawsze myslalem, ze uprawianie zawodu historyka, przeciwnie niz powiedzmy fizyka jadrowego, jest co najmniej nieszkodliwe. Obecnie wiem, ze moze ono byc calkiem szkodliwe. Nasze pracownie moga przeksztalcic sie w fabryki bomb, podobne do warsztatow, w ktorych IRA nauczyla sie przerabiac nawozy sztuczne na materialy wybuchowe. Ten stan rzeczy moze nas dotyczyc na dwa sposoby. W ogolnym wymiarze jestesmy odpowiedzialni wobec faktow historycznych, a w szczegolowym - obarcza sie nas odpowiedzialnoscia za krytyke naduzywania historii dla celow polityczno-ideologicznych. Chcialbym teraz nieco pomowic o pierwszej z tych odpowiedzialnosci. Gdyby nie istnienie pewnych dwoch faktow, nie musialbym mowic nic. Jednym z nich jest wspolczesna moda wsrod powiesciopisarzy opierania akcji swoich utworow raczej na autentycznej rzeczywistosci niz na wymyslaniu jej, czyli na zacieraniu granicy pomiedzy historycznymi faktami i fikcja. Drugi fakt - to rozszerzanie sie "postmodernistycznej" mody intelektualnej na zachodnich uniwersytetach, szczegolnie na wydzialach literaturoznawstwa i antropologii, wedlug ktorej wszystkie "fakty" pretendujace do obiektywnej egzystencji sa po prostu tylko intelektualnymi konstrukcjami. W skrocie mowiac, ze nie ma wyraznej roznicy miedzy faktem a fikcja. Ale przeciez taka roznica istnieje, i dla historykow, nawet tych najbardziej wojowniczo antypozytywistycznych wsrod nas, zdolnosc dostrzegania jej jest absolutnie fundamentalna. Nie mozemy wymyslac naszych faktow. Elvis Presley albo umarl albo jest zywy. Kazda kwestie mozna wyjasnic bez wiekszych watpliwosci na podstawie dowodow, o ile takie dowody istnieja, co czasami moze stanowic pewien problem. A wiec czy np. obecny rzad Turcji mowi prawde czy tez nieprawde, kiedy zaprzecza, ze w r. 1915 nastapil akt ludobojstwa na Ormianach. Wiekszosc historykow w powaznej rozprawie historycznej nie zgodzilaby sie z zaprzeczeniem tej masakry, chociaz z drugiej strony nie ma calkowitej pewnosci, za jaka interpretacja tej sprawy nalezy sie opowiedziec, czy jaki szerszy kontekst historyczny jej nadac. Niedawno hinduscy zeloci zniszczyli meczet w miejscowosci Ayodhya pod pozorem, ze swiatynie te zalozyl muzulmanski Mogol, zdobywca Babar [4], nad rzeka Indus w szczegolnie swietym miejscu, w ktorym mial sie urodzic bog Rama. Moi koledzy i przyjaciele z uniwersytetow w Indiach oglosili studium wykazujace: a) ze nikt az do dziewietnastego wieku nie sugerowal nawet, ze Ayodhya byla miejscem urodzenia Ramy, oraz: b) ze meczet prawie na pewno nie zostal zbudowany w czasach Babara. Byc moze cala ta historia miala sie przyczynic do wzrostu wplywow Partii Hinduskiej, ktora sprowokowala ten incydent, ale ci historycy przynajmniej spelnili swoj obowiazek, wyjasniajac okolicznosci na uzytek tych, ktorzy potrafia czytac i ktorzy narazeni sa na propagande nietolerancji teraz i w przyszlosci. Niechaj i my spelniamy nasz obowiazek. Tylko niewiele ideologii nietolerancji opiera sie na zwyklych klamstwach czy fikcjach nie majacych zadnego oparcia w dowodach. Rzeczywiscie odbyla sie bitwa pod Kosowem w 1389 r.; rycerzy serbskich oraz ich sprzymierzencow pobili Turcy, i pozostawilo to glebokie blizny w zbiorowej pamieci Serbow. Nie moze to jednak byc zadnym usprawiedliwieniem dla ucisku Albanczykow, ktorzy stanowia obecnie 90 procent ludnosci tego regionu, ani dla twierdzen Serbow, ze tereny te zasadniczo naleza do nich wlasnie. Dania nie rosci sobie pretensji do znacznej czesci wschodniej Anglii, na ktorej osiedli i nad ktora panowali Dunczycy przed XI wiekiem, i ktora w dalszym ciagu nazywa sie <>, i w ktorej wioski w dalszym ciagu maja, filologicznie rzecz biorac, dunski rodowod. Najbardziej niezwykle ideologiczne naduzycie historii polega raczej na anachronizmie niz na klamstwie. Oto grecki nacjonalizm odmawia Macedonii nawet prawa do jej nazwy na tej podstawie, ze Macedonia jest zasadniczo grecka kraina oraz czescia greckiego narodu-panstwa, przypuszczalnie od czasu kiedy ojciec Aleksandra Wielkiego, krola Macedonii, zostal wladca greckich terytoriow polozonych na Polwyspie Balkanskim. Tak jak wszystko dotyczace Macedonii, jest to dalekie od teoretycznych rozwazan akademickich, jednakze grecki intelektualista musial wykazac duza odwage, zeby powiedziec, ze z historycznego punktu widzenia jest to nonsens. W IV wieku p.n.e. nie bylo ani greckiego narodu-panstwa, ani zadnego innego politycznego organizmu dla wszystkich Grekow; imperium macedonskie wcale nie bylo ani Grecja ani zadnym innym narodem-panstwem w nowozytnym rozumieniu tego slowa. Swoja droga jest wysoce prawdopodobne, ze starozytni Grecy uwazali wladcow macedonskich, tak jak pozniej wladcow rzymskich, za barbarzyncow, a nie za Grekow, chociaz niewatpliwie byli zbyt uprzejmi czy zbyt ostrozni, zeby mowic tak o nich publicznie. Ponadto, z historycznego punktu widzenia Macedonia jest tak nie dajaca sie rozwiklac mieszanina roznych grup etnicznych - nie bez powodu dala ona nazwe francuskiej wieloowocowej salatce <> - ze jakiekolwiek usilowanie identyfikacji jej z jakas jedna narodowoscia byloby bledne. [...] Takie i im podobne proby zastepowania historii mitami i wymyslami nie sa tylko marnymi igraszkami intelektualnymi. Otoz moga one decydowac o tym, co jest umieszczane w podrecznikach szkolnych, o czym dobrze wiedza wladze japonskie, ktore obstaja przy oczyszczonej z wszelkich elementow nieprawomyslnosci wersji wojny prowadzonej przez Japonczykow w Chinach, przeznaczonej do uzytku w japonskich klasach szkolnych. Mit i wymysl stanowia istotny element polityki tozsamosciowej i za ich pomoca grupy ludzkie odnajduja obecnie swoja wlasna tozsamosc na gruncie etnicznosci, religii, czy dawnych lub obecnych granic panstwowych, oraz staraja sie odnalezc jakies poczucie pewnosci w tym niestabilnym swiecie, stwierdzajac: "Jestesmy od innych rozni i lepsi". Na uniwersytetach tacy ludzie sa obiektem naszej szczegolnej troski, poniewaz oni to wlasnie formuluja owe mity i wymysly, bedac przy tym ludzmi wyksztalconymi: swieckimi i duchownymi nauczycielami, profesorami (niezbyt licznymi, mam nadzieje), producentami telewizyjnymi i radiowymi. W dzisiejszych czasach wiekszosc z nich uczeszczala na jakis uniwersytet. Nie ma co do tego zadnych watpliwosci. Historia, to nie jest pamiec odziedziczona po przodkach, czy zbiorowa tradycja. Historia jest tym, czego ludzie nauczyli sie od ksiezy, dyrektorow szkol, autorow ksiazek historycznych oraz kompilatorow artykulow gazetowych i programow telewizyjnych. Jest bardzo istotne, aby historycy pamietali o swojej odpowiedzialnosci, ktora polega przede wszystkim na odsunieciu sie od pasji polityki tozsamosciowej, chocby nawet osobiscie mieli oni takie pasje. Przeciez i my tez jestesmy ludzmi. Jak powazna moze to byc sprawa, pokazuje opublikowany niedawno artykul izraelskiego pisarza Amosa Elona na temat tego, jak eksterminacja Zydow przez Hitlera zostala wykorzystana do stworzenia mitu uzasadniajacego istnienie panstwa Izrael [5]. Co wiecej: w okresie prawicowych rzadow mit ten - na rowni z Bogiem - przeksztalcil sie w swego rodzaju nacjonalistyczna i rytualna zarazem pewnosc o tozsamosci i wyzszosci panstwa izraelskiego, a takze punktem centralnym oficjalnego systemu nacjonalistycznych przekonan. Elon, sledzacy ewolucje takiego przeksztalcania sie pojecia "holocaustu", idac w slady obecnego ministra edukacji nowego rzadu Partii Pracy, twierdzi, iz obecnie historie nalezy odseparowac od nacjonalistycznych mitow, rytualow i polityki. Jako nie Izraelczyk, chociaz Zyd, nie wyglaszam opinii na ten temat. Jednakze jako historyk ze smutkiem notuje jedna uwage Elona. A mianowicie, ze czolowe opracowania uczonych historykow na temat ludobojstwa, czy to Zydow, czy nie-Zydow, albo w ogole nie zostaly przetlumaczone na hebrajski, jak np. wielkie dzielo Hilberga [6], albo tez zostaly przetlumaczone ze znacznym opoznieniem, na dodatek niekiedy z uwagami wydawcy dystansujacymi sie od tekstu opracowania. Powazne opracowania historyczne na temat ludobojstwa w niczym nie umniejszaly jego niewyrazalnej tragedii. Chodzilo tylko o roznice w pogladach na temat mitu. Mimo wszystko jednak to zdarzenie daje nam pewne podstawy do nadziei. Mamy oto bowiem zmitologizowana czy tez nacjonalistycznie ujeta historie podlegajaca krytyce od srodka. Trzeba zauwazyc, ze dzieje ustanowienia panstwa Izrael, w okolo czterdziesci lat od jego powstania, przestaly byc spisywane w Izraelu w pierwszym rzedzie jako nacjonalistyczna propaganda czy syjonistyczna polemika. Zauwazam to samo zjawisko w historii Irlandii. Po uplywie okolo pol wieku od wywalczenia niepodleglosci przez wieksza czesc Irlandii irlandzcy historycy przestali wreszcie spisywac historie swojej wyspy w pojeciach mitologii nacjonalistycznego ruchu wyzwolenczego. Historia Irlandii, zarowno Republiki Irlandzkiej jak i Irlandii Polnocnej, prezentowana jest we wspanialych dzielach, poniewaz udalo jej sie wyswobodzic od tych pojec. W dalszym ciagu jest to dziedzina majaca swoje polityczne uwarunkowania i ryzyka. Historia spisywana dzisiaj odbiega od starej tradycji rozciagajacej sie od Fenian [7] az do IRA, wciaz jeszcze bijacej sie w imie starych mitow z uzyciem karabinow i bomb. Jednakze fakt, ze wyroslo nowe pokolenie, ktore moze stanac z dala od tych pasji oraz ogromnie traumatyzujacych, a jednoczesnie wplywajacych na ksztaltowanie sie czlowieka momentow w historii jego kraju, jest znakiem nadziei dla historykow. Jednak nie mozemy czekac, az przemina pokolenia. Musimy przeciwstawiac sie formowaniu sie nacjonalistycznych, etnicznych i innych mitow w czasie, kiedy one powstaja. Nie przyniesie nam to popularnosci. Tomasz Masaryk, zalozyciel Republiki Czechoslowackiej, nie cieszyl sie wielka popularnoscia w momencie, kiedy zajal sie dzialalnoscia polityczna jako czlowiek, ktory - z zalem, ale bez wahania - wykazal, ze sredniowieczne rekopisy, na ktorych opieralo sie wiele narodowych czeskich mitow, byly podrobione. Ale tak wlasnie trzeba postepowac i mam nadzieje, ze znajdujacy sie wsrod was historycy tak wlasnie postapia. Jest to wszystko, co chcialem powiedziec na temat obowiazku historykow. Jeszcze, nim skoncze, pragne przypomniec wam o jednej rzeczy. Wy, jako studenci tego uniwersytetu, jestescie uprzywilejowanymi ludzmi. Macie szanse na to, ze jako absolwenci tej znakomitej i prestizowej uczelni - jesli te szanse podejmiecie - zajmiecie doskonale pozycje w spoleczenstwie, zrobicie dobre zawodowe kariery, oraz zarobicie wiecej pieniedzy od innych, chociaz moze nie tyle co biznesmeni, ktorym sie powiodlo. Otoz chce przypomniec wam to, co powiedziano mnie, kiedy rozpoczynalem kariere uniwersytecka. <>, powiedzial mi moj profesor, <>. Stwierdzenie to odnosi sie nie tylko do uniwersytetow, ale i do calego swiata. Rzady, systemy gospodarcze, szkoly, wszystkie instytucje spoleczne nie maja sluzyc uprzywilejowanym mniejszosciom. My mozemy zadbac o siebie samych. Maja one sluzyc ludziom przecietnym, ktorzy nie sa szczegolnie inteligentni ani interesujacy (chyba ze oczywiscie zakochamy sie w jednym z nich), ani wielce wyksztalceni, ani nie odnosza sukcesow i nie beda ich odnosic, w rzeczy samej, nie wyrozniajacym sie niczym szczegolnym. Ludziom, ktorzy - jak dlugo historia trwa - wchodzili do historii szerszej niz w kregu swoich sasiadow tylko poprzez wpisy w aktach urodzin, malzenstw i zgonow. Spoleczenstwo, w ktorym warto jest zyc, jest zorganizowane dla nich, a nie dla bogatych, inteligentnych, wybitnych jednostek, chociaz jednoczesnie spoleczenstwo, w ktorym warto jest zyc, musi zapewnic miejsce i mozliwosci dzialania dla owych mniejszosci. Otoz swiat nie jest stworzony dla naszych wlasnych korzysci, ani tez my nie istniejemy na tym swiecie dla naszych osobistych korzysci. Swiat, ktory glosi, ze taki jest wlasnie jego cel, nie jest dobrym swiatem i nie powinien trwac wiecznie. Eric Hobsbawm - - - - - - - - 3. Starozytne miasto istniejace w dolinie rzeki Indus, na terenie obecnego Pakistanu, ok. 3500-1500 p.n.e. 4. Babar (1483-1530), zalozyciel Imperium Wielkich Mogolow w Indiach. 5. <>, The New York Review of Books, 7 pazdz. 1993. 6. Raul Hilberg, <>. 7. Fenianie, tajna organizacja irlandzka, zalozona ok. 1858 r. w celu zdobycia niepodleglosci przez walke zbrojna i terror. - - - - - - - - Przypisy do przypisow. Imie pierwszego Wielkiego Mogola w wersji Mirka brzmialo <>. Jurek Krzystek, dysponujacy najlepszym polskojezycznym materialem encyklopedycznym proponuje <> i tak to zapisalismy. W moim slowniku nasz przyjaciel Zahir al-Din Muhammad wystepuje jako Babur albo Baber. Ale jak ktos pochodzi po mieczu od Timura, a po kadzieli od Dzyngis-Chana, to dobrze mu tak. Jest to wazna postac, nie tylko dla historykow szesnastego wieku. Bardzo duzo napisal. I pamietniki i poezje. I jego wiersze zagrzewaly do walki (niektorych) Mudzaheddinow Ludowych wspominajacych jak Babar zdobyl Kabul w czerwcu 1504 r. ______________________________________________________________________ "The New York Times", 6.05.1993. Trafilo do nas via tygodnik "Forum". J.K_ek LABEDZI SPIEW ============= John LeCarre, najwybitniejszy autor powiesci szpiegowskich o swiecie bez szpiegow To nie szpiedzy wygrali zimna wojne. Nie sadze, by szpiedzy w ogole w koncu zbytnio sie liczyli. Ich izolacja i ich odlegle od zycia teoretyzowanie w istocie przeszkodzily w dostrzezeniu, jeszcze nawet w roku 1987 czy 1988, tego, co moglby im powiedziec kazdy przechodzien: <> Nawet to zwyciestwo bylo dla nich podstepnym trickiem bolszewikow. A zreszta jakie mieli powody do usmiechu? Bylo to zwyciestwo odniesione dzieki jawnosci, a nie tajnosci. Dzieki szczerosci, a nie intrygom. Imperium radzieckie rozpadlo sie nie dlatego, ze szpiedzy zalozyli podsluch w meskiej toalecie Kremla ani ze wsypali Brezniewowi odlamki szkla do wanny, ale dlatego, ze kierowanie ogromnym, zamknietym, represyjnym krajem stalo sie w latach osiemdziesiatych niemozliwoscia ze wzgledow ekonomicznych, spolecznych, wojskowych i technicznych. A caly dowcip w tym, ze gdyby o losach zimnej wojny decydowali szpiedzy, to wszystko wskazuje na to, ze nasi szpiedzy zajeliby odlegle drugie miejsce. I Bogu niech beda za to dzieki! Sila prawdziwej demokracji jest jej niezdolnosc do stosowania strachu, dyscypliny, wiezien, absolutyzmu i tajnych wiezien - niezbednych rekwizytow panstwa policyjnego. Sila Ameryki jest jej szczerosc, zywosc umyslowa, gotowosc do deklarowania wlasnego zdania, podejmowania ryzyka i dokonywania przemian. Ale nie tajnosc. Dzisiaj zas, Amerykanie i Rosjanie zmierzaja - jesli nie reka w reke, to przynajmniej ramie w ramie - do zdemontowania arsenalow, dla ktorych nagromadzenia wytezyli swe sily gospodarcze niemal do pekniecia muskulow. To, co niemozliwe, stalo sie od razu. To, co tylko trudne, bedzie - jak sie wydaje - wymagac duzo wiecej czasu. Trudno jest uswiadomic sobie, ze zostalismy pozbawieni wszystkich naszych pretekstow, ktorymi tlumaczylismy, dlaczego nie zajmujemy sie rzeczywistymi problemami Ziemi, ze nie mozemy juz trzymac naszego humanizmu na uwiezi w imie obrony humanizmu. Trudno jest znalezc lepsza nazwe dla tych aspektow komunizmu, ktore polegaly na wspolczuciu dla innych. A sa one nam potrzebne jak nigdy przedtem. Tyle ze przedtem trafily w niewlasciwe rece. Dla nieuswiadomionego spoleczenstwa szpiedzy wyskakiwali jak szare upiory, by rozbiegac sie po calej scenie swiatowej. Rosenbergowie, Alger Hiss (byc moze), Abel, Fuchs, Pontecorvo, Nunn May, Kroger, Burgess, Maclean, Blunt, Philby - niekonczaca sie procesja ludzi samotnie decydujacych, trzymajacych przed nami krzywe zwierciadlo. Czlowiek z ulicy niesmialo w nie zagladal i otrzasal sie. Kiedy ludzie mowia mi, ze jestem pisarzem jednego specyficznego gatunku, moge im tylko odpowiedziec: <>. A teraz - dzieki Bogu - moj zywiol, moj specyficzny gatunek przestal zajmowac centralne miejsce w naszych troskach. Szpiedzy dalej szpieguja, ale nie wywiera to juz na nas takiego wrazenia jak niegdys. Jak juz powiedzialem, dotyczy to rowniez mnie. Moze czytaliscie Panstwo o moim przedwczesnym zgonie? No coz, nawet gdyby byla to prawda, nie lezalbym na marach placzac. Szpiegostwo bylo pasja moich czasow. Bylem tam, cos z niego odczulem osobiscie. Opisywalem je. Kiedy zas z tego wyroslem i moglem to spokojnie wspominac, uczynilem z niego swoj ogrodek, swoj kontekst, swoj sposob patrzenia na swiat. Tak wiec stawiam sobie pytanie: Czym stalismy sie, kiedy bylismy tym, kim bylismy? I czy to jest wciaz z nami? I czy, walczac o nasza wolnosc, nie oddalismy sami zbyt wielkiej jej czesci? Zimna wojna sie skonczyla, ale nie przypominam sobie zadnych spiewow na ulicach, zadnego bicia koscielnych dzwonow. Czy jestesmy zbyt zmeczeni, by spiewac? Lub zbyt oszolomieni szczesciem, jakie mielismy? Czy po drodze stamtad tu stalismy sie z jakiegos powodu inwalidami? Czy nasza doktryna permanentnej ekspansji w coraz bardziej kurczacym sie swiecie jest juz tak zgrana jak doktryna permanentnej rewolucji, ktorej wlasnie pozbylismy sie? Kilka lat temu, kiedy jakiemus odleglemu krajowi zagrazal komunizm, spieszylismy mu z pomoca. Jego problemy byly naszymi problemami. Robilismy bohaterow z roznych blaszanych dyktatorow, z ktorymi nie powinnismy sie zadawac nawet w glebokim lesie. Az nazbyt czesto mylilismy antykolonializm z komunizmem, no ale komunisci tez w koncu to robili. Dawalismy pieniadze. Czesc z nich posluzyla do wyscielenia dosc obrzydliwych gniazdek, ale czesc trafila do wlasciwych rak. Przynajmniej cos robilismy. Mowilismy, ze to, co sie dzieje, nas obchodzi. Nasza reakcja na komunizm bywala prymitywna i bywala mylna. Ale tylko taka rozporzadzalismy. Byla usprawiedliwiona i skuteczna. Dzis, kiedy jakis, nie tak znow odlegly kraj, rozdarty jest wojna domowa, kiedy ktoras z jego mniejszosci etnicznych jest torturowana, gwalcona i mordowana na naszych oczach, nasi politycy mowia nam, bysmy nie traktowali tego zbyt emocjonalnie. Prawdziwy sens tej porady, to: jesli zaangazujecie sie emocjonalnie, bedziecie musieli za to placic. *Nie po to wygralismy zimna wojne, by wiklac sie w cudze walki. Czymze jest jakies niewielkie czyszczenie etniczne w stosunkach miedzy odwiecznymi wrogami? Czlowieku, takie juz sa dzieje swiata.* Tymczasem Ameryka ma pozycje, jakiej nie miala nigdy - niekwestionowanego zwyciezcy w trwajacej przez okres zycia dwu pokolen wojnie na wyniszczenie, jedynego supermocarstwa i - wydaje sie, ze w coraz wiekszym stopniu - jedynego arbitra w sprawach swiata. Ale Europa i Ameryka wciaz sie wahaja. Poniewaz boimy sie nie po prostu uwiklania w te sprawe - w to, co dzieje sie w bylej Jugoslawii - lecz stworzenia precedensu. "No wiec dobrze" - mowia ludzie watpiacy. - "Wejdziemy tam. Zbombardujemy. Wyslemy wojska ladowe. Oczyscimy cale to miejsce. Czy to mamy teraz zrobic? Kwaterowac po calym swiecie, interweniowac zbrojnie za kazdym razem, kiedy srodki masowego przekazu uznaja, ze moga wywolac w oczach opinii publicznej lzy? Nastepny przystanek Sudan? A potem co? Moze mamy sie wiac za byly Zwiazek Radziecki? Sa tam codziennie dokonywane okrucienstwa, a my mamy wciaz wzrok przykuty do bylej Jugoslawii." I znowu ten sam, pelen szyderstwa krzyk: "Zachowujemy sie zbyt emocjonalnie!" Oczywiscie, ci co tak twierdza, maja racje. Tyle tylko... Tyle tylko, ze jesli jest jakas wieczna prawda odnoszaca sie do polityki, to jest nia stwierdzenie, ze zawsze sa dziesiatki powodow, by nie robic nic. By cos robic, trzeba chciec to robic. Jak na przyklad podczas Pustynnej Burzy, czy na Falklandach. Wtedy mowimy o sferach interesow, geopolityce i dotrzymywaniu obietnic, ktorych nie wolno zlamac. I wolno nam sie zachowac tak emocjonalnie, jak tylko chcemy. Pod warunkiem, ze wszedzie gdzie indziej umiemy zapanowac nad swa litoscia. Mysle jednak, ze niestety, niezaleznie od tego czym skonczy sie obecna dyskusja na temat interwencji w dawnej Jugoslawii, nie ma sposobu, by Stany Zjednoczone wyzbyly sie obowiazku dokonywania wielokrotnie w nadchodzacych dziesiecioleciach ryzykownych interwencji zbrojnych za granica. *Po usunieciu kleszczy zimnej wojny wszedzie beda sie ponownie rozpalaly dawne spory. Nieunikniony jest jakis rodzaj Pax Americana.* Ponadto, niezaleznie od wszelkiego demonstrowania nastrojow izolacjonistycznych, nie sadze, by mloda Ameryka zgodzila sie byc bezczynnym swiadkiem nieszczesc reszty swiata. Ameryka jest nie tylko arbitrem swiata, ale i - po zimnej wojnie - jego zbawca. To, co teraz widzimy w tym czarnym, zlym swiecie, moze sprawiac na nas wrazenie raczej chaosu niz pokoju, ale jest to najwieksza dawka pokoju, z jaka mamy do czynienia od dlugiego czasu. I to Ameryka ja nam dala. Walka z komunizmem pomniejszala nas. To dlatego nie jestesmy zdolni do cieszenia sie ze zwyciestwa. Pozostawila nas ona w stanie falszywej i niszczacej ortodoksji. Usprawiedliwiala nasze ekcesy, a to, ze ich sie dopuszczalismy, bynajmniej nie poprawialo naszego samopoczucia. Stepiala nasza milosc roznicy zdan i nasze poczucie przezywania przygody. W moim kraju, a byc moze takze w Ameryce, dzial uslug, zajmujacy sie krytyka, niemal zatopil swoimi produktami magie tworzenia. W naszych intelektualistach zbyt wiele jest nienawisci: Nasza prasa rozkoszuje sie publicznymi egzekucjami. Zatruwamy sie jadem zlosliwosci. A jednoczesnie nie podejmujemy zadnego ryzyka. Nie jestesmy odwazni. Nasza ortodoksja wciaz nie daje nam spokoju. A przeciez nigdy nie bylismy tak wolni. Nie musimy juz podcinac skrzydel naszemu humanizmowi. Czas juz bysmy znowu pofruneli. John LeCarre - - - - - - - - - - - - - - Johnowi LeCarre poswiecilismy esej w numerze 13 Spojrzen. Wybitny pisarz brytyjski, autor glosnej serii powiesci szpiegowskich, z ktorych wiele sfilmowano. Po polsku ukazaly sie juz m.in. *Wyjsc z ciemnosci* (*The Spy Who Came in from the Cold*), *Zbrodnia doskonala* (*Murder of Quality*) i *Naiwny i sentymentalny kochanek* (*The Naive and Sentimental Lover*). Znacznie wiecej ksiazek sie jeszcze po polsku nie pojawilo. W zeszlym roku ukazala sie najnowsza powiesc LeCarre, *The Night Manager*. Autor przerzucil sie w niej ze srodowiska szpiegow w nie mniej "interesujace" milieu miedzynarodowych handlarzy bronia. Ale wywiady - brytyjski i amerykanski - sa w niej jak najbardziej, choc juz bez George'a Smileya, ktory chyba przeszedl w koncu na dobrze zasluzona emeryture. J. K_ek - - - - - - - - - - - - - - - - I jeszcze poltora grosza ode mnie. Wizja polityczna tego pisarza interesuje mnie mniej niz jego literatura, ale nie moge sie nie zdziwic, ze ten realista wyraza sie o Ameryce na kleczkach. Byc moze ze wzgledu na fakt, iz jestem jedynym czlonkiem redakcji z tej strony Wielkiej Wody, uwazam, ze wyrazenie "zbawca swiata" jest ciut przesadzone, a teza, ze "Pax Americana" stal sie koniecznoscia dziejowa, podlega dyskusji. A naprawde, to ja takich twierdzen po prostu sie boje. J.K_uk _______________________________________________________________________ Jurek Karczmarczuk AKADEMIA JEST SOBIE SAMA WINNA ============================== Tak napisal Jacek Walicki w jednym ze swoich Paszkwili (<>, nr 100). Stwierdzil, ze spoleczenstwa zlozone z ciezko pracujacych ludzi maja dosc trwonienia, lub wrecz sprzeniewierzania pieniedzy przez instytucje naukowo-dydaktyczne, ktore domagaja sie pieniedzy i przywilejow, a jednoczesnie odmawiaja rozliczania sie z tychze i wynikow. Teraz im niedobrze, wiec biadola, ale nie ma sie co dziwic, ze maja marne wyniki, gdyz pracuja zle i zasluguja na dobrego, otrzezwiajacego kopa. Dalej Jacek pisze, ze kontroli nie ma, ze domaganie sie niezaleznosci przystojacej Einsteinowi, ale nie mizernym wyrobnikom, jest skandaliczne, i popiera polityke krajow azjatyckich - Japonia, Korea Poludniowa, ktore na uniwersytety loza malo, a na szkolnictwo podstawowe duzo. Jacek napisal swoj felieton, zeby czytelnikow wzbudzic i nawet zaczal juz narzekac, ze mial nadzieje na niezla polemike, a tu go pochwalono. Stwierdzilem, ze *sam jest sobie winien*. Kazdy zauwazyl, ze Jacek pisze to, aby pocierpiec i ze zlosliwym usmiechem dal masochiscie szanse pocierpienia przez zostanie zignorowanym... W koncu jednak serce mnie ruszylo i postanowilem zrobic Jackowi przyjemnosc. Pominmy watpliwa teze o niedofinansowaniu uczelni w Japonii, czy Korei. Slyszalem cos wrecz odwrotnego. W Korei rzad lozy olbrzymie pieniadze w srodowisko, ktore jest mu nawet politycznie wrogie! Jacek popiera idee ksztalcenia mas zapominajac, ze studenci wyzszych uczelni, czy doktoranci, to takze masy, to jest tlo, bez ktorego nie bylo by Einsteinow. Przeciez to sa banaly! Glownym punktem zaczepienia jest moja hipoteza, ze Jacek swiadomie nie chce rozumiec funkcji spelnianej przez placowki naukowo-dydaktyczne. Czytamy o wielodyscyplinarnych badaniach, o wspieraniu podstaw przemyslu itp. "... zadna sensownie dzialajaca firma (czy wytwarzajaca, czy uslugowa) nie pozwolilaby sobie na tak niejasna misje. Zatem to, ze Akademia ma marne wyniki na kazdym z wymienionych frontow nie powinno nawet dziwic." Ktos moglby w tym momencie zalozyc, ze Jacek Walicki uwaza, ze szkolnictwo wyzsze sklasyfikowac nalezy do firm wytwarzajacych, czy uslugowych, a roznica jest tylko taka, ze nie jest "sensowne", gdyz subsydiowane i metne. A moim zdaniem jest to inwestycja ludzka, jest to sposob na pokazanie wielu, ze czlowieczenstwo nie sprowadza sie jedynie do produkcji i konsumpcji. Nie jest to z mojej strony zarzut braku idealizmu pod adresem Jacka. Pracuje on w *prawdziwej firmie* i chcialby, zeby moja metna i nieefektywna mafia swiatowa dala mu i zdolna mlodziez do przejmowania wysokokwalifikowanych stanowisk i chcialby aby owa (powiedzmy sobie szczerze: <>) Akademia sterowala jak nalezy badaniami podstawowymi. I zeby kazdy pieniazek wplacony na nauke procentowal jak w banku, a jakis pan Hewlett, czy Packard, wszystko jedno, chodzil tylko, zacieral rece i na ekranie znakomitego komputera wlasnej produkcji widzial jak krzywa rosnie, rosnie... A my co? Jak mawial madry Wladyslaw Gomulka narzekajac na uniwersytety po marcu 1968: "Ani Nobla, ani efektow wychowawczych!" Z ta malenka roznica, ze zdarzaja sie i nagrody Nobla i sa tez efekty wychowawcze, choc ocenic je trudno. W oparciu o jakie (moze lepiej: <>) kryteria Jacek pisze o "marnych wynikach"? Przykro mi, ale gdy Jacek pisze, ze trzeba zaciesnic kontrole i zarzadzanie i ze "niezaleznosc setek tysiecy naukowcow, ktora sie nalezala Albertowi E., to jest absurd", to jest absurd jeszcze wiekszy. Gdyz tego sie zrobic nie da. To *da* sie zrobic przez zmilitaryzowanie nauki. I tu nie chodzi o "zlota wolnosc", ktorej sie domagaja nieudaczni uczeni, ale po prostu o normalne zycie. Narzekacie na nasze gornolotne slogany o edukacji przyszlych pokolen i obiecujecie "otrzezwiajacego kopa"? Prosze. Za kilkanascie lat po takim kopie, gdy aktualni decydenci zakoncza kariere nie zostanie z was nawet prochna. Bylo takie panstwo i taki ustroj, w ktorym kontrola naukowcow byla na bardzo dobrym poziomie. Mam kontynuowac? Uniwersytety sa nieefektywne dlatego, ze *musza* isc na "produkcje" masowa. Spora czesc badan naukowych z gory skazana jest na pewnego rodzaju wegetacje, gdyz jej celem nie jest nagroda Nobla, tylko trening umyslowy i uczacych i nauczanych. O to, zeby sredni absolwent mogl sie dostosowac bez trudu do pracy w sredniej firmie. Alternatywne metody ksztalcenia, podwiazane bezposrednio pod firmy: Rank Xerox, Bell itp. na ogol palily na panewce. Na palcach mozna policzyc instytucje produkcyjne, w ktorych osiagniecia naukowe sa znaczne, ale zeby policzyc na palcach te *prawdziwe firmy*, w ktorych udalo sie dobrze i uniwersalnie ksztalcic mlodziez, to mozna byc Wenus z Milo... Powtarzam: z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego kraju, szkolnictwo wyzsze jest naturalna kontynuacja edukacji masowej, a uprawianie przezen nauki jest w duzej mierze treningiem koniecznym, aby nie wytworzyl sie rozziew miedzy Wielka Wiedza, a zyciem codziennym. Prosze zauwazyc, ze wiekszosc laureatow nagrody Nobla to sa nauczyciele z dobra opinia dydaktyczna, prosze takze popatrzec jak wyglada dydaktyka w slabszych uczelniach technicznych, ktore przestaly udawac, ze uprawiaja nauke. Zeby zmienic radykalnie system prowadzenia nauki i ksztalcenia, trzeba by zerwac z tysiacami lat tradycji. Nauczana mlodziez byla i bedzie darmozjadami i bedzie sie uczyla z niejakim wstretem, co stanowi czesc subkultury szkolnej. Nauczyciele byli i beda niewolnikami. Polecam cytat z <> Miki Waltari, gdzie pan mowi do swego raba: "Nie winie cie, zes mnie okradl, albowiem takie jest prawo niewolnika". Mozna dac niewolnikowi otrzezwiajacego kopa. No i co z tego wyniknie? W ten sposob przestanie byc niewolnikiem? A ta rzekoma niezaleznosc przystojaca jedynie Einsteinom to jest w koncu jedyny element, ktory te masy srednich nauczycieli i srednich naukowcow trzyma przy tej pracy. Powtarzam: wy, finansisci - zabierzecie to, to |nic| wam nie zostanie. Bedziecie sobie ksztalcic czeladnikow w warsztatach przyzakladowych. W jednym z ostatnich numerow <> jest seria artykulow na temat nauki i nauczania w Polsce. Moze ktos sie zainspiruje? Sama ta seria jest nudna, niby cztery artykuly, a wszystkie napisane w tym samym stylu przez te sama osobe, St. Janeckiego. Widac jednak wyraznie, ze znowu zaczelo sie przekomarzanie: i tych, ktorzy maja za zle naukowcom, ze ci maja za zle, ze malo zarabiaja, i tych, ktorzy oburzaja sie jak mozna sie oburzac na naukowcow. Przemysl niczego nie funduje, finansowanie spadlo ponizej 0,7 procenta budzetu (wiadomo jakiego), a wiec drogi Jacku, ten otrzezwiajacy kop na pewno spowoduje, ze wkrotce polska nauka osiagnie zasluzony szczyt. Jurek Karczmarczuk _______________________________________________________________________ "Gazeta Wyborcza", 6.04.1994; znalazl J. K_ek SZTUKA POLITYCZNEGO OGRODNICTWA =============================== *Kulture polityczna buduje sie powoli. Jest jak drzewo, ktore trzeba zasadzic i z troska pielegnowac - z okazji ustanowienia nagrody Fundacji im. Romerow pisze dla <> Norman |Davies|, wybitny angielski historyk, znawca dziejow Polski, autor m.in. <>.* Wyobrazmy sobie, ze kanibale zdecydowali sie wprowadzic na swojej wyspie rzady demokratyczne. Nie ma zadnego powodu, by sadzic, ze kanibalizm i demokracja nie moglyby wspolistniec. Dalekowzrocznym przywodcom kanibali demokracja moglaby zapewnic wladze; pozwolilaby na przyklad wprowadzic prawa chroniace "wartosci kanibalistyczne", umozliwilaby im spokojne zajecie sie zjadaniem swoich przeciwnikow. Faktem wiec jest, ze demokracja sama w sobie nie jest wartoscia moralna. Wprowadza tylko pewne formalne procedury rozwiazywania konfliktow, ale wylacznie od ludzi zalezy, w jakim celu zostana one zastosowane. "Tyrania wiekszosci" jest dobrze znana cecha - lub skrzywieniem - systemow demokratycznych. W przedwojennych Niemczech ta tyrania oddala ster rzadu nazistom - totalitarnej partii, ktora zdobyla wladze srodkami legalnymi, demokratycznymi - i wykorzystala ja do zniszczenia niemieckiej demokracji. To, ze w Republice Weimarskiej Hitler doszedl do wladzy, bylo mozliwe przede wszystkim dlatego, ze wiekszosc Niemcow byla gotowa poprzec nazizm albo przynajmniej przyzwolic na oddanie nazistom wladzy. Autonomia Irlandii Polnocnej datuje sie od 1922 roku, kiedy to protestancka wiekszosc uswiadomila sobie, ze demokratycznymi metodami mozna dyskryminowac mniejszosc katolicka i pozbawic ja rownych praw. Dlatego tez w latach 1969-70 doszlo do buntu katolikow, interwencji wojsk brytyjskich i zawieszenia az do dzis autonomii. W Republice Irlandii powstalej w 1922 roku wiekszosc katolicka mogla w konstytucji przyznac Kosciolowi rzymskiemu uprzywilejowany status. W ten sposob pozbawila rownych praw wszystkich niekatolikow. Tak wiec, aby demokracja byla efektywna, musi byc zbudowana na gruncie kultury politycznej, w ktorej tolerancja i umiar sa wartosciami nadrzednymi. Nie moze przetrwac, jesli dominujaca grupa na kazdym kroku wykorzystuje swa pozycje. Z demokracja jest troche jak ze sportem. Wszyscy grajacy musza zaakceptowac fakt, ze wspolzawodnictwo ujete w ramy przepisow jest lepszym sposobem wyladowania energii i rozstrzygniecia rywalizacji niz bardziej gwaltowne formy walki. Tylko wtedy moze ono funkcjonowac, jesli istnieje wczesniejsze porozumienie co do tych regul i gotowosc zaakceptowania wynikow. Wystarczy wyobrazic sobie chaos na stadionie, gdyby podczas meczu pilkarskiego jedna druzyna zainspirowana rugby uwazala, ze moze podniesc pilke i biec z nia, a druga pod wplywem karate uznala, ze moze kopac przeciwnikow. Absurd siega szczytu, gdy sedzia jest szamanem i uwaza, ze jego obowiazkiem jest faworyzowanie druzyny Voodoo lub rzucanie urokow na bramkarza jej przeciwnikow. Ilu Polakow sledzacych brytyjska lige pilkarska wie, ze sport rozwinal sie w Wielkiej Brytanii m.in. po to, zeby kanalizowac konflikty religijne? Manchester United, Everton i Aston Villa byly kiedys w calosci druzynami katolickimi. Wywodzace sie z tych samych miast Manchester City, Liverpool i Birmingham zatrudnialy tylko protestantow. W Szkocji do dzis Celtic Glasgow jest druzyna wylacznie katolicka, a Glasgow Rangers - protestancka. Obecnie nie ma juz zadnych powiazan miedzy religia a sportem. Gdyby prymas Anglii (arcybiskup Canterbury) wyrazil opinie o pilce noznej, nikt nie wahalby sie polemizowac. W dodatku jego opinia nie jest uwazana za autorytatywna w zadnej innej sprawie oprocz spraw wiary i interesow Kosciola. Jednakze dla ludzi wierzacych religia nie bedzie nigdy calkowicie bez znaczenia zarowno w odniesieniu do sportu, jak i polityki. W Europie Zachodniej ten problem zostal sformulowany i w wielu przypadkach przezwyciezony w XIX i wczesnym XX wieku. We Francji zagorzala stuletnia walka miedzy republikanami a katolickimi konserwatystami zakonczyla sie w 1905 roku rozdzialem Kosciola od panstwa. Zwyciezyli republikanie. W Niemczech partia katolicka dzialajaca w Bawarii i Nadrenii musiala walczyc z indyferentyzmem protestanckich landow cesarstwa. Partia ta nie zdobyla specjalnego znaczenia az do czasu sukcesow chadecji po II wojnie swiatowej. We Wloszech silna wiekszosc katolicka musiala najpierw walczyc z rosnacym faszyzmem, a nastepnie z pojawieniem sie najsilniejszego ruchu komunistycznego w Europie. Na Wyspach Brytyjskich, gdzie wspolistnialy rozne religie, rozwoj demokracji byl bardzo wspomagany przez tradycyjnie pozbawiony dogmatow anglikanizm, przez Kosciol prezbiterianski w Szkocji i przodujaca role niekonformistycznych ewangelikow z ruchu liberalnego. Katolicy i zydzi nie byli politycznie uznani do 1829, kobiety zas - do 1928. W Polsce pojednanie demokracji i Kosciola katolickiego bylo sztucznie opoznione prawie o siedem dekad z powodu politycznych nieszczesc - sanacji, brutalnosci okupacji i zmarnowanych 40 lat sowieckiego modelu komunizmu. Przynajmniej teoretycznie utworzenie instytucji demokratycznych powinno byc latwiejsze w jednolitym kulturowo spoleczenstwie Polski dzisiejszej niz w kulturowo i etnicznie podzielonym spoleczenstwie przedwojennym. W praktyce moze sie okazac, ze zniszczenie przez komunistow aktywnego i odpowiedzialnego spoleczenstwa obywatelskiego bedzie przeszkoda w tworzeniu w nadchodzacych latach efektywnej demokracji. Polacy maja wiele dawnych tradycji, ale male doswiadczenie. Istotnym czynnikiem jest jezyk. Polacy musza nauczyc sie szanowac swoich przeciwnikow, nawet jesli ich nie lubia. W jezyku parlamentarnym Westminsteru wszyscy deputowani sa traktowani jako <>. Wyrazenia w rodzaju: "zdrajca", "heretyk", "klamca", "lobuz" lub "kretacz" sa zabronione. Adwersarze nie sa wrogami. Tylko taki mistrz oracji jak Winston Churchill mogl, bez reprymendy, powiedziec, ze przeciwnik byl winien "terminologicznej niescislosci". Wazny jest takze powszechny udzial w wolnych wyborach. Obywatele, ktorzy nie glosuja, kiedy jest ku temu okazja, oddaja swoj los w rece profesjonalnych politykow. Moj ojciec, ktory nie lubil zadnej partii politycznej, zwykl mowic: "Ci, ktorzy nie oddadza swego glosu podczas wyborow, nie maja prawa narzekac po wyborach". Nieodzowne w tworzeniu demokracji sa takze i inne elementy. Wsrod nich sa neutralne politycznie urzedy panstwowe; niezalezne sadownictwo i wywazona konstytucja; wolne i odpowiedzialne publiczne media. Polacy nie powinni sadzic, ze ich system polityczny ze wszystkimi obecnymi niedociagnieciami jest szczegolnie niesprawny. W wielu wczesniej zbudowanych demokracjach, w tym w glownych panstwach Wspolnoty Europejskiej, zdarzaja sie powazne kryzysy systemu. Upadek "zelaznej kurtyny" w rownym stopniu wytracil Europe Zachodnia z rownowagi i wstrzasnal Wschodem. Wszyscy Europejczycy z Zachodu i Wschodu przechodza przez gleboka niepewnosc fazy przejsciowej. Nalezy pamietac, ze Winston Churchill nawet u szczytu swoich sukcesow nie byl nigdy usatysfakcjonowany. *Brytyjska demokracja jest najgorszym ze wszystkich systemow* - powiedzial kiedys - * z wyjatkiem wszystkich innych*. Kulture polityczna buduje sie powoli - jak kazda inna galaz kultury. Jest jak drzewo, ktore trzeba zasadzic, podlewac i z troska pielegnowac. Nie mozna jej stworzyc od razu. Nalezy sie jej stale uczyc. Wszystko, co napisalem, zmierza do wniosku, ze promowanie tej sztuki, ktore zainicjowala Fundacja Romerow przez swoja nagrode za kulture polityczna, jest istotne dla najzywotniejszych interesow Polski w dobie przemian demokratycznych. Spodziewam sie zatem, ze przyniesie to w niedalekiej przyszlosci owoce i przyczyni sie do upiekszenia sceny politycznej. Norman Davies Tlumaczyla Beata Ryczkowska ________________________________________________________________________ Polemika prasowa Darka Galasinskiego poslana do "Polityki" Dariusz Galasinski MESKI JEZYK =========== Jesli dobrze zrozumialem intencje autorki, artykul Anety Gornickiej-Boratynskiej (<> 12) zostal napisany z okazji trzech waznych z punktu widzenia ruchu feministycznego w Polsce wydarzen - wydania "Slownika feministycznego", wydania "Tekstow Drugich" poswieconych zagadnieniom feminizmu i na koniec z okazji krakowskiej konferencji feministycznej. Okazje te jednak posluzyly autorce do podzielenia sie kilkoma refleksjami dotyczacymi jezyka, ktorym mowimy. Jest to, jak pisze za feministkami autorka (dla scislosci - nie jest jasne, na ile zgadza sie ona z ich tezami), jezyk meski. Jezyk widziany jest jako jeden z najistotniejszych elementow opresji. Oto przyklady z tekstu - w jezyku polskim nie uzywa sie zenskich form takich slow jak: *chemik, profesor, doktor*. Dodam kolejne: w jezyku polskim slowo *czlowiek* jest rodzaju meskiego, co wiecej - slowo odnoszace sie do tak pieknego zwierzecia jakim jest kon rowniez jest rodzaju meskiego, a taka pospolita, za przeproszeniem krowa to juz rodzaj zenski. Nie ma sprawiedliwosci. Nie wiem, jak dalece zaawansowane w walce z jezykiem sa polskie feministki, feminizm anglosaski jednak jest w tej walce wrecz zahartowany. I wlasnie o nim chcialbym ponizej powiedziec pare slow. Tak oto w jezyku feminizmu (posluzylem sie tu opracowaniem H. Bearda i C. Cerfa <>, Grafton, 1993) czy tez, jak kto woli, w jezyku politycznie poprawnym (<>) nie ma juz prostytutek, sa *opiekunki seksualne*, nie ma juz gospodyn domowych, sa *ofiary inkarceracji domowej*, nie ma juz zon, sa natomiast *zalegalizowane prostytutki*. Jezyk feminizmu nie konczy sie, rzecz jasna, na kobietach. Swiat opisywany tym jezykiem pozbawiony zostal zlodziei, zamiast nich se *nietradycjonalni kupujacy*, ludzie otyli z kolei przemianowani zostali na takich, *ktorym rzucono wyzwanie horyzontalne* (<>). Sadomasochista wreszcie to w jezyku PC ktos, kto *zadawala sie inaczej*. Gornicka-Boratynska pisze, ze "opresja" to jedno z najwazniejszych pojec feminizmu. To prawda. Stad tez w jezyku feminizmu nie ma juz kobiet ciezarnych - sa natomiast kobiety *w opresji pasozyta* (<>). To wcale nie jest (niesmaczny zreszta) zart. Nie jest jednak tak, ze przecietny Anglik, Amerykanin czy Kanadyjczyk na co dzien uzywa sformulowan przytoczonych powyzej i temu podobnych. Nie, jezyk politycznie poprawny w swej najostrzejszej (czyt. najbardziej idiotycznej) formie wystepuje prawie wylacznie na uniwersytetach i, w wersji zlagodzonej, w agendach rzadowych (stad wlasnie Hillary Clinton nie jest juz <>, a stala sie *partnerem prezydenckim*). Problem bowiem polega na tym, ze feminizm i polityczna slusznosc coraz bardziej staja sie po prostu narzedziem w budowaniu karier intelektualistow i intelektualistek z drugiej ligi (pisal o tym niedawno w <> prof. Kolakowski). Mozna by zapytac - a co ze swiatem dokola, w ktorym seksizm i rasizm sa rzeczywiscie na porzadku dziennym. Odpowiedziec mozna by: "Who gives a damn?" Swoistym smaczkiem artykulu Gornickiej-Boratynskiej jest zamieszczone obok niego zdjecie. Widac tam kobiety z zaklejonymi ustami - kobiety, ktore nie maja glosu. Feminizm anglosaski znow jest w walce o glos dalej. Mam przed soba oficjalny dokument jednej z agend rzadu Kanady, w ktorym naklada sie na urzednikow uzywanie politycznie poprawnego slownictwa (na szczescie jeszcze nie narzuca sie w nim cytowanych wyzej idiotyzmow), w ostatnim numerze kanadyjskiego <> z kolei dyskutowana jest propozycja rzadu prowincji Ontario znacznie ograniczajaca wolnosc slowa na uniwersytetach, wlasnie ze wzgledu na wprowadzanie slownictwa politycznie slusznego. W USA wreszcie bodaj w zeszlym roku powstala organizacja pod nazwa <> majaca na celu nie mniej nie wiecej, a wlasnie walczenie z jezykiem feminizmu w imie... tradycyjnej etyki akademickiej i wolnosci slowa. W programie owej organizacji czytamy: "uwazamy, ze wolnosc akademicka zagrozona jest, coraz glosniejsza w spolecznosci intelektualnej, postepujaca ortodoksyjna ideologia, ktora degraduje nauczanie i poziom nauki w ogole, ktora wreszcie narusza wolnosc slowa i badan stojacych w sprzecznosci z nia." Czytajac tekst Anety Gornickiej-Boratynskiej zadalem sobie pytanie: czy polski feminizm rowniez do tego dazy. Czy polskie feministki i feminisci nie mogliby sie zadowolic tym, ze choc *czlowiek* jest rodzaju meskiego, to *osoba, osobowosc* i *dusza* sa rodzaju zenskiego i jakos sie wyrownuje. Jest *dziewcze*, ale jest i *chlopie* - po jednym wiec rodzaju nijakim. A jesli to wszystko nie starczy, to, chwytam sie ostatniej deski ratunku, *mezczyzna* ma <> koncowke (i mow tu czlowiecze o meskiej dominacji) i odmienia sie podobnie jak *kobieta*. Moze te argumenty wystarcza i panie ze zdjecia zastanowia sie nad sensownoscia plastrow na ustach, a Polacy (nie mylic z Polkami!), nie beda musieli przepraszac, ze sa bialymi mezczyznami, tak jak juz czynia co niektorzy przynajmniej biali Brytyjczycy. Sam slyszalem. Dariusz Galasinski _________________________________________________________________________ List do redakcji Michal Orlowski UWAGI O "LISCIE SCHINDLERA" =========================== Niedawno w prywatnej polskojezycznej rozglosni w Melbourne przeczytany zostal list p. Jacka Arkuszewskiego zatytulowany "Anty-Oskar dla Spielberga", pochodzacy z nr. 101 <>. Nie zamierzam polemizowac z p. Arkuszewskim, bo wydaje mi sie, ze bylaby to chyba w znacznym stopniu dyskusja o pogladach (czyli strata czasu dla obu stron). Dlaczego do Was pisze? Jezeli to mozliwe, bardzo bym prosil o wskazanie drukiem trzech niescislych chyba informacji zawartych w opublikowanym przez Was liscie. Oto cytaty: ... kazdy, kto przezyl okupacje moze to potwierdzic. Jezykiem do wydawania rozkazow byl niemiecki; jesli go nie rozumiales, moglo cie to kosztowac zycie. Wszyscy pamietamy owe "Rrrraus!" i "Los!". ... Podobnie jak bzdura jest to, ze Oskar Schindler przed wyjazdem do Czech slucha wczesnym rankiem jazzowego, amerykanskiego utworu przez radio (!). ... Bylem wowczas w jej wieku i to co pamietam, to pewna obojetnosc polskiej czesci spoleczenstwa. To byly w ogole straszne czasy dla wszystkich. Wtedy nie bylo jeszcze konceptu "Endloesung" czyli tego, co po dokonaniu zwie sie Holocaustem. Uwazano, ze Niemcy chca po prostu wyizolowac Zydow od reszty, by latwiej ich kontrolowac i wykorzystywac. Tak tez uwazali i sami Zydzi... A to moje uwagi: - Istnieli rowniez granatowi policjanci, ktorzy do wydawania rozkazow w imieniu okupanta uzywali jezyka polskiego; - Schindler slucha w filmie jazzu z patefonu, a nie przez radio. (Wczesniej byl w filmie rowny, czysty dzwiek z patefonu, oraz nieczysty dzwiek radia, kiedy ciagle musieli krecic galka); - Trudno uwierzyc, aby wczesniej, a z chwila likwidacji getta juz na pewno, Polacy nie wiedzieli, ze Zydzi szli do gazu. Czyzby naprawde wszyscy sadzili, ze "Niemcy chca po prostu wyizolowac..."? Zwlaszcza to ostatnie stwierdzenie p. Arkuszewskiego, majace niemala wage moralna wymaga - moim zdaniem - komentarza. Nie podwazajac wagi osobistych wspomnien, trudno w nie uwierzyc. Michal Orlowski - - - - - - - - - - - - - - - - Odpowiedz Jacka Arkuszewskiego 1. Owszem, istnieli granatowi policjanci, ale byla to raczej sluzba porzadkowo-kryminalna. Granatowi policjanci na przyklad nigdy nie brali udzialu w lapankach ulicznych, nigdy nie uczestniczyli w egzekucjach, selekcjach i innych zbiorowych dzialaniach policji niemieckiej oraz oddzialow SS. A wlasnie wtedy wydawano wrzeszczac rozkazy po niemiecku. Byli i granatowi policjanci, ktorzy sledzili i wylapywali Zydow, bylo ich nawet sporo. Przecietny Polak nie obdarzal policji granatowej zaufaniem i uwazal ich za ramie okupanta. Ale byli i tacy policjanci, ktorzy wspolpracowali z podziemiem i tacy, ktorzy ratowali Zydow. Podobna role w gettach pelnila policja zydowska, bo i taka byla. W filmie Spielberga przewijaja sie grupy dosc dziwnie umundurowanych mezczyzn i kobiet (w kazdym razie inaczej niz policja granatowa) mowiacych po polsku. Mogla to byc wlasnie policja zydowska, nie wiem. Ale z drugiej strony, ludzie ci biora udzial w ladowaniu Zydow do wagonow, a to bylo raczej niemozliwe. 2. Patefon, czy radio? Patefon to nawet gorzej. Za posiadanie plyty z amerykanskim jazzem, p. Schindler mogl sam pojsc do obozu. 3. Scena o ktorej pisze dotyczy udawania sie Zydow do swiezo utworzonego Getta, a nie jego likwidacji. Nie wiem jak bylo w Krakowie. W Warszawie az do poczatku 1943 r. (potem przyszla wywozka glownie do Treblinki i Powstanie w Getcie) zabijano bezlitosnie kazdego Zyda znajdujacego sie poza Gettem, natomiast nie mordowano w sposob zorganizowany mieszkancow samego Getta. Ci umierali "sami": z glodu i chorob. Pojecie "Endloesung" powstalo na specjalnej konferencji zwolanej przez Hitlera pod Berlinem w listopadzie 1942 - jesli sie nie myle. To byl wlasciwy poczatek Holokaustu. Getta w Polsce tworzono znacznie wczesniej - tak na przyklad Zydzi w Getcie warszawskim sadzili, ze po wygraniu wojny z Sowietami zostana zeslani na Wschod by pomoc skolonizowac te tereny. W chwili tworzenia Getta krakowskiego Niemcy nie stosowali jeszcze oslawionego Cyklonu-B, wiec chocby z tego powodu trudno mowic, ze wiedziano o pojsciu Zydow "do gazu". Jacek Arkuszewski _______________________________________________________________________ *Wylacznie dla zainteresowanych technika skladania "Spojrzen"!* M. Jaegermann; W. Gruszczynski LISTY DO REDAKCJI ================= Michal Jaegermann Przeczytalem w numerze 100 "Spojrzen", na temat technicznych szczegolow: "Oczywiscie makra formatujace sa napisane przez nas, wzorce dzielenia, ciagle prowizoryczne, takze". Nie bardzo rozumiem tego "oczywiscie". Polskie wzorce dzielenia dla TeXa zostaly skompilowane przez Hanne Kolodziejska dobrych pare lat temu i sa ogolnie dostepne. Ostatnio jak o nich slyszalem, to byly osiagalne przez ftp z (153.19.1.254). Jak teraz nie, to trzeba sie pytac Wlodka Bzyla: . Starsza wersja byla takze na (dokumenty: HYPHEN POL INF). Ponadto *System Babel* (miedzynarodowa wersja LaTeXu) ma - albo przynajmniej oficjalnie powinien - opcje *polish*. Implikuje to takze dostepnosc wzorcow dzielenia, odpowiednich makro i konwencji kodowania tekstu. Musze sie przyznac, ze sam ostatnio do Babel nie zagladalem, ale sprawdzilbym na waszym miejscu co jest naprawde dostepne na archiwach CTAN. To bedzie dla Polnocnej Ameryki i, na przyklad, w Europie. Zawartosc tych archiwow powinna byc w zasadzie ta sama, bo sa synchronizowane automatycznie, choc rozne rzeczy sie zdarzaja. Komendy typu *quote site index* sa na nich rzeczywiscie uzywalne i uzyteczne, co znacznie ulatwia znalezienie tego co trzeba w ogromie materialu ktory sie tam znajduje. Przy okazji, Babel pozwala nie tylko na pisanie "nie po angielsku", ale na uzywanie w jednym tekscie kilku jezykow na raz, z wlasciwymi dla kazdego jezyka regulami przenoszenia, zmianami konwencji typograficznych i tego typu drobiazgami. Swoja droga interesujaco musialaby wygladac strona z czescia tekstu po angielsku, a inna po amerykansku. Dla wyjasnienia, poza roznicami slownika i ortografii, reguly przenoszenia tez nie sa takie same. Serdeczne pozdrowienia i podziekowania dla Redakcji Michal Jaegermann - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Oto fragment drugiego listu, ktory otrzymalismy po napisaniu p. Jaegermannowi dlaczego nie uzywamy LaTeXa i dlaczego trudno nam zagwarantowac, aby wszystko bylo dopiete na ostatni guzik. - - - - - - - - - - - - - - - - - [...] Dlatego tez staram sie podrzucic informacje co jest juz osiagalne. Szczegolnie te rozne kawalki "niskiego poziomu" sa trudne do zrobienia przyzwoicie i czesto wymagaja naprawde dobrej znajomosci "tego co tam jest pod spodem", a wiec jezeli ktos juz to zrobil, to czemu nie skorzystac? Jezeli obecny "babel" dziala tak jak powinien, to pewnie mozna bylo przygotowac wszystko w kilka wieczorow zamiast w miesiac. Dla mnie glowna atrakcja LaTeXa jest to, ze na przyzwoitej instalacji jest bardzo latwo zmieniac czcionke i styl. Wystarczy dorzucic jedna opcje i wszystko natychmiast dziala. [...] Jezeli chodzi zas o geometrie strony, format naglowkow, swiatlo, zywa pagine i wszystkie tam takie, to to naprawde nie jest problem. Trzeba siasc i zrobic i jest to latwiejsze niz sie wydaje. Jedyny klopot, to to ze *LaTeXbook*, w obecnej formie, nic naprawde nie pisze jak to zrobic, a jedynie napomyka, w ostatniej czesci, ze jest taki parametr i inny parametr. Nie wiem jak to bedzie w przyszlosci, ale Leslie Lamport wlasnie finalizuje nastepna wersje, ktora opisuje *LaTeX2e* - ktory lada dzien bedzie jedynym wariantem uznawanym "oficjalnie". *LaTeX Companion* jest wlasnie bardzo pomocny jak sie czlowiek nie chce ograniczac do <>. - - - - - - - - - - - - - - - - - - Michal Jaegermann pisze jeszcze o programie napisanym przez Jiri Zlatuske ulatwiajacym produkowanie czcionki wirtualnej. - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Wlodek Gruszczynski Drodzy, napisaliscie w 101 numerze w informacjach od "introligatora dyzurnego", ze uzywacie napisanych przez siebie, ciagle prowizorycznych wzorcow dzielenia dla TeXa. Otoz wzorce takie, wcale nie prowizoryczne istnieja i co wiecej sa publicznie dostepne. Napisala je pare lat temu Hanna Kolodziejska z Instytutu Informatyki UW. Wzorce sa sprawdzone przez lata praktyki. Maja tylko jedna wade (przynajmniej w wersji posiadanej przeze mnie, choc zdaje sie, sa juz nowsze): nie dziela slow z "polskimi" literami. Przy wiekszych tekstach to klopot, ale przy skladaniu kilku(nastu) stron "Spojrzen" nie jest to bardzo istotne. Wlodek Gruszczynski - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Bardzo dziekujemy obu Mistrzom, a takze innym Czytelnikom za interesujace uwagi. Wszystkie te rady sa naprawde cenne i pozyteczne i w zasadzie *nalezalo* z nich skorzystac. Nasi nastepcy w kazdym razie nie powinni Zosio-Samosiowac tak jak ja. Tym niemniej uprzejmie informuje, ze wzorce Hanny Kolodziejskiej znam, i oryginal z 1987 r., i pozniejsze przerobki Boguslawa Jackowskiego, Marka Rycki i Hanny Kolodziejskiej z 1991. Jest to duza kolekcja wzorcow i wyjatkow, ponad czterokrotnie wieksza od mojej. Sygnalizuje jednak, ze poczawszy od niniejszego numeru, w ktorym przeszlismy na czcionke wirtualna, polskie slowa dziela sie dosc znosnie. Moje wzorce dostosowane sa do czcionki wirtualnej wykorzystujacej "dziure" w <> PostScriptu i uznalem, ze wiecej skorzystam jesli popracuje nad wzorcami sam, a nie bede musial dokonywac niezbyt przyjemnych i malo pouczajacych przerobek istniejacych cudzych rozwiazan. Mimo, iz wzorce dzielenia sa nadal prowizoryczne, bledow chyba nie ma duzo, choc moje wzorce nie zawieraja w ogole wyjatkow, tolerancja odstepow jest stosunkowo niewielka, tj. tekst jest gesty, a w formatowanym dokumencie nie wstawilem recznie *ani jednej* cezury. Znam rowniez przystawke <> Franka Mittelbacha sluzaca do formatowania wieloszpaltowego. Ale nam niepotrzebne bylo formatowanie w dowolna liczbe kolumn. Nie zamierzalem tez - aby oszczedzic pare dni produkcji odpowiednich makr - tracic kilka tygodni, aby opanowac *przerobki* makr LaTeXa umozliwiajace np. automatyczne wyrzucenie stronicy gdy artykul konczy sie odpowiednio nisko, wstawianie kreski miedzy kolumnami itp. Byc moze Michal Jaegermann nie wyczuwa faktu, ze moj "miesiac", to naprawde kilka - kilkanascie wyrwanych z zyciorysu wieczorow. Proponuje on, by usiasc i zrobic, i ze to nie jest trudne. Otoz siadlem i zrobilem i nie bylo trudne, ale wolalem <> TeX od LaTeXa, bo wole remontowac rower, niz motocykl. Zapoznalem sie oczywiscie z pakietem <>. Wszystko tam jest, na przyklad dolny, otwierajacy cudzyslow polski, zdefiniowany jako obnizony gorny. Po co mialem sie nim zajmowac, skoro w PostScripcie jest gotowy znak? Chcialbym zwrocic uwage na fakt, ze jednym z naszych celow jest tez skrocenie dlugosci rozsylanego tekstu. Mamy sporo problemow gdzie indziej, np. nasze eksperymenty z PostScriptem nie zawsze spotykaja sie z wlasciwym zrozumieniem oprogramowania drukarek laserowych niektorych czytelnikow. Troche czasu kosztowala nas definicja osmiu czcionek wirtualnych (<> i <>) pozwalajacych TeXowi traktowac polskie litery jak litery, a w koncu nasza ambicja nie jest zostac Paganinimi publicystyki polskojezycznej (w odroznieniu od POLSCII-jezycznej rozsylanej poczta komputerowa. W zasadzie udowodnilismy to, co chcielismy, jest to realne, dziala i moga to robic w wolnych chwilach bezinteresownie osoby, ktore maja na glowie swoje sprawy zawodowe i rodzinne. Mam szczera nadzieje, ze znajda sie inni chetni do okresowej roboty i ze bedziemy mogli troche odpoczac. Zapraszamy do wspolpracy redakcyjnej. "Wakuje" nam przynajmniej jeden "etat". Ze wzgledow czysto ludzkich przeszlismy z formuly tygodniowej na dwutygodniowa (choc moze to i lepiej; czytelnik zanudzony na smierc ma nieprzyjemny kolor i zgrzyta w zebach). Jesli zwiekszy nam sie stala baza ludzka, moze wtedy pozwolimy sobie na stworzenie trzeciej wersji <>, dla potentatow dysponujacych PostScriptem Poziomu II i duza pamiecia. Wtedy zobaczycie i barokowe fraktalne ozdobniki i skromne portrety autorow tekstow i czlonkow redakcji, i kacik humoru rysunkowego (slabo sie robi na sama mysl...) Jurek Karczmarczuk ________________________________________________________________________ Redakcja "Spojrzen": spojrz@k-vector.chem.washington.edu Adresy redaktorow: krzystek@u.washington.edu (Jurek Krzystek) zbigniew@engin.umich.edu (Zbigniew J. Pasek) karczma@univ-caen.fr (Jurek Karczmarczuk) bielewcz@uwpg02.uwinnipeg.ca (Mirek Bielewicz) Copyright (C) by Jurek Karczmarczuk (1994). Copyright dotyczy wylacznie tekstow oryginalnych i jest z przyjemnoscia udzielane pod warunkiem zacytowania zrodla i uzyskania zgody autora danego tekstu. Poglady autorow tekstow niekoniecznie sa zbiezne z pogladami redakcji. Numery archiwalne dostepne przez anonymous FTP z adresu: k-vector.chem.washington.edu, IP # 128.95.172.153. Tamze wersja PostScriptowa "Spojrzen". ____________________________koniec numeru 103___________________________ .